Spadająca z głowy literka c, jak Cortázar i spódnica z gazety. Kot Figalo, który z równym zapałem robi, jak i przygląda się sztuczkom. Gonienie własnego cienia w zabawie w spontaniczność. Opisy zdarzeń, jak analizy dzieł najwybitniejszych malarzy. Hiszpańskie wątki w tle, czerwona kanapa i pan od liczników, który okazuje się być przyszłą żoną. Poprzesuwani ludzie, fragmentaryczni mężczyźni, kobiety z zadrą w sercu. Kadry, które mało kto rozumie, wciąż powracające zdjęcie z zawiniętą rzęsą i, jak zawsze, jedynie właściwa stacja radiowa, owsiane ciastka i butelka białego wina. Do dna i ostatniego okruszka. 
To niczym niezmącone poczucie, że nadal jesteśmy swoimi ludźmi, tymi ze schodów w Ołomuńcu, pomimo ciszy, która zapada w zimowe sny pędzących narracji. 
Naturalność i spokojny bieg wszystkiego, każdego słowa płynącego prosto z siebie bez zastanowienia. Jej śmiech wciąż taki pełny.
Ze spokojem, którego mi brakowało, przyjmuję, że żyję w dwóch różnych rzeczywistościach i żadna z nich nie jest do końca prawdziwą, choć każda autentyczną. I znów cieszę się, że jestem człowiekiem angażującym się. I choć idziemy do siebie z innych przylądków, to nic to nie zmienia. 
Nasz wspólny ląd wciąż jest i pięknieje z wiekiem.