Na telebimie, wyświetlano zapętlone zdjęcia znanych mi twarzy, strojów i scen. Na scenie tłok przy ogromnym, urodzinowym torcie, dziecięcym szampanie, w kitkach, dobieranych warkoczach, tiulowych sukienkach, błyszczących body, kurtkach z czerwonej skóry, z tulipanami od trenerów. 
Ale ci córa wyrosła! – wykrzyknęła brunetka do blondynki – I jak pięknie tańczy! Widać, że znalazła w końcu coś swojego. 

M-ka biega po scenie za cukierkami w towarzystwie innych dzieciaków. 
Nie wiem jeszcze, czy ten taniec, to jest to coś, właśnie jej. Ona jeszcze też tego nie wie. Ale się cieszy i dobrze bawi.
Przez cały wieczór byłam dzielna. Pękałam z dumy, wzruszałam się wewnętrznie, wspominałam. 
Rozpłakałam się w domu, późnym wieczorem.
Bo ja kiedyś znalazłam coś swojego. Właśnie pod tym samym szyldem, w tych widzianych na telebimie strojach, na tych scenach, z tymi ludźmi. 
To są jedne z tych drzwi, które z jakiegoś powodu się nie domykają. Czasem skrzypią, a czasem przez przeciąg wspomnień stoją rozwarte. I jednak trochę bolą.
Przypominają o tym, że zbyt często o sobie zapominam i za rzadko o siebie walczę. Są jak nieznośny wielokropek, który nie jest przyjemnym niedopowiedzeniem, ale zupełnie niezrozumianym zawieszeniem. 
Bo ja nie wyrosłam z tańca, jak  z tych pierwszych baletek, przedartych na wylot, przepoconych godzinami ćwiczeń.
Nie wyrosłam z tamtej siebie, która pewnego dnia, po prostu nie wróciła. 
M-ka tańczy naszą dwupokoleniową historię, a ja myślę, że jeśli te drzwi wciąż nie mogą się zamknąć, to trzeba je otworzyć szerzej. 
Wybieram rozmiar 41 i dodaję do koszyka.
Bo dlaczego by nie?
unsplash.com