Dla jednych będę dzikim ptakiem. Kimś, kto wciąż za czymś goni i wciąż przed czymś ucieka. 
Dla innych będę bumerangiem, neurotycznym kotem. A przecież wiemy, że one zawsze wracają. 
I jedni i drudzy będą mieli rację.
Idę za tym, co przynosi mi życie.
Ta moja odwieczna dychotomia. Potrzeba osadzenia się w wytyczonych przez samą siebie, chcianych ramach, zapuszczenia korzeni tak bardzo w głąb. Z drugiej strony ten ciągły bieg, ciekawość tego, co za zakrętem, ulotność chwil i ta wdrukowana w całe ciało wiedza, że nic nie jest dane na zawsze.
Bo kiedyś wybito mnie z rytmu.  Dlatego ta pozorna niezgodność ma w sobie harmonię.
Podglądam, jak M-ka ogląda brzegi sukienki swojej szmacianej wróżki, jak je obraca między palcami. Jest w tym jakaś czułość, muśnięcie sacrum. Coś ważnego dzieje się teraz w niej. Tu i teraz. Zawsze. 
Podobno ulubiona piosenka dziewczyny powie więcej na temat tego, jak się czuje, niż kiedykolwiek wypowiedzą jej usta. Moje na pewno. Problem w tym, że mam dość długą i niejednorodną playlistę i znów każdy mógłby określić mnie inną piosenką. I znów wszyscy mieliby rację i każdy byłby w błędzie. 
Kolejne rozdarcie jest z kategorii: etyka pracy oparta na wartościach vs. wygoda codzienności. Pewnie znów będę gonić. 
Jedno wiem na pewno, nie mam w sobie nic z Rhianny. 
I don’t love the way you lie.  

unsplash.com