Jeszcze chwila i wiem, że mogłabym zakochać się w Warszawie. Tak szczerze, całą sobą, bez pamięci, z nieprzespanymi nocami i myślami wracającymi wciąż uparcie między te kamienice.


Zakochać się w tym ogromie przestrzeni, której tak bardzo mi teraz potrzeba i którą odmieniam przez wszystkie przypadki, czasy i płaszczyzny życia. Przestrzeni, którą – o paradoksie – poczułam tak naturalnie w tym najbardziej zaludnionym  w kraju mieście. W zapachu wilanowskich róż, przez które poczułam się, jakby babcia znów głaskała mnie po włosach. Mogłabym zakochać się w ciszy pod Chopinem, w chłopcach na Starym Mieście śpiewających międzywojenne piosenki w strojach z epoki, w wegańskim bigosie i w Matce Boskiej umieszczonej za szybą nad wjazdową bramą w podwórko. Mogłabym się zakochać tak mocno, że nie chciałabym już wrócić do innego miasta. 

Bo na pewno ponownie zakochałam się w prostocie rytmów, układzie pionów, poziomów i wysokości powojennych budynków, które dla innych są niewidoczne i nagie bez festonów, attyk i wielkiego porządku. Tak banalnie proste, nudne i brzydkie. A dla mnie są jak muzyka, ład i harmonia, ciekawa historia, która nigdy nie nuży. Bo dobrze poczułam się w mieście, gdzie układ urbanistyczny jest skrojony jakby do moich potrzeb. On we mnie i ja w nim odnajdujemy się idealnie. Wśród tych budynków, ulic czuję się dobrze, intuicyjnie i naturalnie. I mogłabym tak zostać, nabrać powietrze, rozłożyć ramiona i po prostu cieszyć się życiem. Warszawa to piękne miejsce, by tym życiem się cieszyć i je docenić. I choć onieśmiela mnie trochę to miasto pomnik, to czuję, że z każdym krokiem, z każdą tablicą wyłowioną gdzieś na murze, wtapiam się w tę historię i chcę czytać o tym wszystkim, odkrywać, wiedzieć więcej i zamyślać i zastanawiać się na każdym rogu jeszcze mocniej.  Tu historia tak naturalnie przeplata się z teraźniejszością, śmierć z życiem, ból z radością. I czuję jeszcze coś, coś, czego nigdy wcześniej tu nie czułam: witalność i dumę. Uśmiecham się.

Warszawa ma w sobie wszystkie odcienie mojego ukochanego brązu i szarości. Zapomniałam jak bardzo lubię te przybrudzone fasady Starego Miasta, barwy, jak kolor mocno przypieczonych gofrów, bladych biszkoptów, karmelu i waniliowych lodów rozciągnięte po całym mieście. Jestem spokojna, pogodna, nie martwię się niczym. Tam nawet włosy same z siebie, układają się tak, jak zawsze chciałam.

Z torbą ponoć najlepszych babeczek w tym mieście, suniemy z M-ką ulicami, które kryją się trochę z boku odsłaniając swoje piękno, gdy tylko w nie wejdziemy. Przechodzimy między ogródkami małych knajp i postojami rozgadanych taksówek,  z zadartymi głowami przechodzimy pod balkonami z których spływają na nas girlandy kwiatów, przebiegamy między rowerami przypiętymi do latarń i drzew. Zbieramy miasto każdym możliwym zmysłem i za każdym razem napisowi Miło Cię widzieć odpowiadamy: Ciebie również.