pamięć, rodzina, serendipity, korzenie

Gubimy się wśród pięknych ulic, w głównej mierze dlatego, że chodzimy z głową zadartą do góry, a rzeczywistość zdejmujemy obiektywami aparatów. Krążymy między ścianami pokrytymi sgraffito a tymi z obdrapanym tynkiem i wybitymi szybami. 
Przepraszam, czy wiedzą państwo, gdzie jest ulica Senatorska?
Starsze małżeństwo spogląda na siebie, jakby w tych drugich oczach była zatopiona mapa ze wszystkimi ulicami i skwerami miasta.
Senatorska, Senatorska… A! Rewolucji Październikowej! 

W końcu trafiamy do odnowionej bramy XIX wiecznej kamienicy, gdzie na schodach mężczyźni w dresach i swetrach we wzory palą bardzo mocne papierosy. Czuję się jak intruz wstukując kod do bramy i naciskając na klamkę mieszkania osoby, o której istnieniu dowiedziałam się kilka tygodni temu, a rozmawiałam kilkanaście dni wcześniej. Ku mojemu zdziwieniu drzwi otwiera mi kobieta, o znudzonej, bezbarwnej twarzy, mocno stojąca na nogach, nie pasująca do mojej wiedzy i odczuć.
Dobrze państwo trafiliście – i niedbałym ruchem ręki wskazuje na drzwi w końcu mieszkania, zza których dobiega nieprzerwane, bardzo głośnie świergotanie, jakby ktoś zapałkę włożył w przycisk dzwonkowy. Naciskam powoli klamkę, a ku mnie jedzie na wózku uśmiechnięta ciepłem staruszka, której zza pleców wtóruje żółciutki kanarek. TVN huczy przeraźliwie, kanarek przestaje świergotać, ciocia ze śmiechem opowiada dawne dzieje, bezbarwna twarz niechętnie nalewa wrzątek do szklanek umieszczonych w koszyczkach, a ja dopasowuję twarze ze zdjęć do historii, które zbieram. Siedzę w tym pokoju, który jest dla niej całym światem, zastanawiając się, jak to możliwe, że nikt z nas nie wiedział, że niecałe 40 minut drogi pociągiem mieszka ktoś, z kim łączą mnie więzy krwi i kto jest chodzącą encyklopedią tej ogromnej rodziny. 
Herbata jest mocna, ja zawstydzona, tato roztargniony, ona spokojna i chyba, w tej właśnie chwili, szczęśliwa. 
Ona wszystko wie – zwraca się do taty, gdy ustalam kolejne linie pokrewieństwa i miejsca na rodzinnej mapie – A twarz masz Kazimierza.
O Kazimierzu wiem, że był bratem dziadka, architektem z Warszawy. I wiem, że moja próżność i ciekawość każą mi znaleźć jego zdjęcie.
Opowiada historie, dodaje moim przodkom koloru oczu, wąsy i długość włosów. Daje im pseudonimy, talenty, zalety i przywary. Oddaje im gesty, czyny i słowa. 
Już wiem, że aby w pełni zrozumieć siebie, trzeba próbować zrozumieć swoje korzenie, swoją rodzinę. Zrozumieć to skąd się przychodzi, jaki nieuświadomiony ciężar się niesie, a przy tym wszystkim nigdy nie można zapomnieć o kontekście. Społecznym, politycznym i takim czysto ogólnoludzkim. To zawsze rzuca światło i daje cień na decyzje, zachowania. 
Jak bardzo chcąc znaleźć odpowiedź na pytanie skąd przybywam naruszam delikatną tkankę wspomnień, jak bardzo wchodzę w prywatne historie osób, których nie było mi dane poznać i tych, których znam, tak bardzo dobrze? Gdzie jest granica między dążeniem do tożsamości a poszanowaniem prywatności życia? 
Pytam o czasy, o których niekoniecznie chce się pamiętać. O czasy ludzkich transportów, ucieczek przez las, przemocy i zasiedlania obcych miejsc. Pytam o złamane serca i podbite oczy. O pogrzeby, śluby i niespełnione nadzieje. 
Przy niektórych pytaniach moja babcia zasłania się brakiem pamięci i słabym słuchem, z żywej staruszki przemienia się w zagubioną dziewczynkę, która nie wie i nie rozumie pytań. A ja wiem, że rozgrzebuję rany, grzebię we wciąż żywej tkance. 
Czym jest moje chcę wiedzieć, przy ich chcę zapomnieć?
Z orłem na czapce, biało-czerwoną przepaską, lilijką w klapie marynarki, szpilką w koku, tytułem adwokata, z nieswoimi pieniędzmi w kieszeni, pożądaniem w sercu ciągle jesteśmy tylko ludźmi. Targanymi namiętnościami, dokonującymi wyborów, poddającymi się biegowi wydarzeń, żyjącymi na bakier, pragnącymi spełnienia i szczęścia. 
I nigdy nie wiem, na ile pokolorują wyblakłe wspomnienia, ile przemilczą, ile fałszywych obrazów podsunie mózg, dzięki którym było im łatwiej iść do przodu. A ja swoim rozszerzonym, głodnym wzrokiem, listą pytań, wątpliwości ciągnę ich w stronę obrazów pamięci, które muszą ubrać w tak okrutne słowa jak „ostatni transport”, „rozstrzelanie”, „nie wiem, gdzie teraz jest”, które teraz pozbawione są cech emocji.
Prababcia na wszystkich zdjęciach patrzy jakby w dal. Gdy wszyscy odwróceni są plecami, zajęci jakąś prowizoryczną sceną, którą ktoś postanowił zatrzymać w kadrze, ona jako jedyna, odważnie patrzy w stronę fotografa. Spojrzenie ma ciepłe, mądre i myślące. A jeśli nawet na innych zdjęciach wszyscy są zwróceni w stronę aparatu i wszyscy patrzą, to ja wiem, że tylko ona widzi. Widzi to, co za aparatem, za fotografem, to, co dalej.  
I choć zabrzmi to dziwnie, to czuję od niej energię, jakby było coś pomiędzy nami, coś, do czego jeszcze muszę dorosnąć, by zrozumieć rodzinną linię kobiet. I siebie.
Pierwszy rozdział będzie o Marii.