katie_lamassu, serendipity

Zdarzają się chwile, gdy wiem, dokąd to wszystko zmierza.
Ale te chwile trwają ułamek sekundy.
Angela Chase

Nie miałam żadnych oczekiwań w stosunku do 2016. Poza tym, żeby w końcu przyszedł. Od kilku tygodni mam jeszcze jedno oczekiwanie: aby się wreszcie skończył. 
Nie wiedzieć czemu uległam jakiejś dziwnej myśli, że od stycznia wszystko będzie nowe, inne, że nie będzie się liczyło nic z tego, co było, taka tabula rasa. I przez kilka dni sunęłam swą grudniową bańką przed siebie, aż nie roztrzaskałam się pewnego ranka o swą niezwykle trzeźwą myśl, że przecież nie zmieni się absolutnie nic. A nawet jeśli się zmieni, to wciąż będzie tak samo. I wtedy pomyślałam, że mi wszystko jedno.

Z kolei dzisiaj pomyślałam, że zdecydowanie zbyt długo jest mi wszystko jedno i wobec 2017 jakieś wymagania mieć trzeba (bo brak wymagań w stosunku do nowego roku jest w rezultacie brakiem wymagań w stosunku do siebie samego, a to jest po prosu zwykłe i głupie marnotrawstwo tego, co się w sobie ma). Bardzo potrzebuję nowego rozdania, ale bardzo też nie chcę w kolejny rok, mieć poczucia, że stałam w miejscu. 
Czasem myślę, że tak właśnie było. Że stałam i patrzyłam. Pozwoliłam odchodzić ludziom, którzy nie widzieli, że walczę o nasze relacje, Pozwoliłam przychodzić rzeczom dobrym i puszczałam je dalej. Jakbym miała tylko obserwować, zostawiać to, co rzeczywiście ważne i pozwalać odejść temu, czego nie będę mogła zabrać ze sobą teraz. To był rok na przeczekanie, na uczenie się nowych zadań, nowej rzeczywistości, odnajdywanie się w biegu codzienności. Rok zastanowienia się nad tym, w którą stronę chcę iść. I chyba jeszcze tak do końca tego nie wiem, ale wiem, że mogę już iść.
Rok testowania własnych granic, grzebania w środku, konfrontacji ze swoją ciemną stroną i akceptacji, że jest jaka jest. 
To był rok, który nie zmieścił mi się w głowie. Bo w emocjach utonął. I tych z przedstawień, wystaw, koncertów, książek (których znów przeczytałam za mało), płyt (które znów zaczęłam słuchać i kupować), filmów (na które znów zaczęłam chodzić i, o których znów odważyłam się mówić), relacji (których staram się nie bać). Nie zmieścił mi się w głowie przemocą, nienawiścią, populizmem, śmiercią tych wszystkich wielkich, mimo iż wielką fanką nie byłam nigdy, ale za to każdy z nich miał co najmniej 5 kawałków, które wbiły mnie kiedyś w ziemię i zmieniły sposób myślenia o sobie samej i świecie. 
To jest taki rok, po którym mogę przybyć piątkę sobie jako mamie. Rok, w którym gratuluję sobie samej odbycia szeregu przedziwnych badań i wizyt lekarskich i zadbania w końcu o siebie. Rok, w którym usłyszałam tyle mądrych i dobrych słów do ludzi, znanych mi i tych nie, że tylko się cieszyć. 
W tym roku były piękne góry i morze. Znów zaczęłam mieć sny fabularne i te tak bardzo realistyczne (jak ten, że mam na głowie tysiąc małych warkoczyków, które muszę rozplątać jeden po drugim i tak śniłam o tym, że je rozplątuje i trwało to bardzo długo, tak długo, że aż zaspałam do pracy). 
To był rok, w którym powiększyła mi się rodzina, ale nie za sprawą narodzin, ale odkryć tych, którzy są już od tak dawna, tych, których już nie ma i tych, z którymi urwał się kontakt. Obudziłam dawne relacje, powiązania, pamięć. Rok, w którym zaczęłam uczyć się jazdy na nartach i rok, w którym The Guardian zaprosił mnie do udziału w konkursie fotograficznym. Rok, w którym odważyłam się sięgnąć, po to, czym chcę się naprawdę zajmować i co okazało się czymś, co naprawdę umiem. Mimo braku oczekiwań, było całkiem nieźle.
Nadal wiem niewiele i nie sądzę, że w 2017 będę wiedzieć dużo więcej. 
Ale mam plan.
Wszystkiego dobrego Moi Kochani! 
*Na zdjęciu dedykacja dla mnie od profesora Beresia. Biorę ją jako myśl przewodnią na nadchodzący rok.