To musiał być maj, bo ulice pachniały bzem. Było bardzo ciepło, godzina popołudniowa. Siedziałam na schodach kamienicy trochę jakby w Bostonie, trochę jakby bliżej Gdańska, pod moimi ukochanymi dachami, jakby z Paryża. A były to dachy mojego W i ulica na literę k.
I choć w tamtym czasie wszystko było jakby, to właśnie wtedy czułam się po prostu dobrze.

Siedziałam na tych schodach, chyba na coś czekałam, choć całkiem możliwe jest, że siedziałam, dla samego aktu siedzenia przed kamienicą. Słuchałam szumu miasta i pomyślałam, że mam wszystko, bo nie mam nic. Całe moje bycie mogłam spakować do jednej walizki, nie miałam wymagań względem siebie i innych. Przyjmowałam to, co było i miałam tyle, ile mi potrzeba. A potrzebowałam niezbyt wiele.
Byłam wtedy dziewczyną w kolorowych skarpetkach, już dawno nie Gerdą i Królową Śniegu. Najcenniejszy był mój spokój i wewnętrzna radość, którymi otulałam innych. A innych było wtedy w okół mnie całkiem sporo. I jeszcze ten widok z okna wprost na dachy miasta i na wiecznie pusty czerwony fotel, z kamienicy na przeciwko, zamknięty w ramach okna, wyjęty żywcem z obrazów Hoopera.

To był maj, bo ulice pachniały bzem. Siedziałam na nagrzanych od słońca schodach. Uśmiechałam się i byłam szczęśliwa, bo wszystkiego było w odpowiedniej ilości i było to na swoim miejscu.

Psychologia mówi, że potrzeba 10 sekund, by móc przywołać emocje i uczucia z przeszłości i poczuć się tak samo, jak dawniej.
Ja mówię, że potrzebowałam ponad 10 lat, by zacząć znów zbliżać się do takiego stanu na poziomie emocji i mentalności.

Jeszcze trochę się złoszczę, że po drodze zgubiłam to, co miałam naturalnie, jakby w darze. Złoszczę się, że wypadło z walizki, że zostawiłam przez przypadek gdzieś, w którymś ze swoich tymczasowych miejsc, tak jak Muminka w wagonie pociągu na trasie Wrocław-Kołobrzeg.
Tego lata morze miało smutny odcień błękitu.

Jeszcze nie umiem się cieszyć, że wróciłam, znalazłam i ciągnę za sznurek od tamtego kłębka (choć coś czuję, że ten jest poprzetykany brokatową nitką), że wracam do rozbijania swoich codziennych piniat. Jak przez zegarmistrzowską lupę jeszcze szukam w tej stracie zysków i lekcji, które odrobiłam.

Ale chyba nie jestem aż tak daleko siebie, skoro sprzedając auto nie zastanawiam się, jak ma to wyglądać od strony prawnej, wiem natomiast, gdzie kupić tubę z confetti, którym obsypię samochód na pożegnanie.

Z zaniedbania, z pędu nawarstwiły się emocje, myśli, pragnienia. Odkładając jedne na drugie bez weryfikacji, zbudowałam wieżę przesytu, która nie potrzebowała żadnej siły wewnętrznej, by wprowadzić się w nerwowy ruch i chwiać się we wszystkich możliwych kierunkach.
Nie rozpoznawałam w niej siebie, radości, swoich potrzeb i pragnień.

Potrzebuję przestrzeni, powietrza, tych kilku rzeczy na wyciągnięcie ręki, których nie ma zbyt wiele. Wolnych przebiegów w głowie. Leniwie sunącego czasu. Ludzi, którzy chcą rozmawiać, odkrywać nowe, czerpać i dawać bez pozowania i egzaltacji. I mniejszej ilości słów.

Oczyściłam domową przestrzeń, oczyszczam głowę i nastroje.
Wyrzucam to, co nie moje, z czego już wyrosłam i do czego nie czuję nic. Rezygnuję ze wszystkiego, w czym nie dostrzegam dobra dla siebie. Zostawiam potrzebne minimum.

Minimalizm odmieniany jest przez wszystkie przypadki, formy, odcienie bieli i krój mebli.
Ja też go odmieniam. Przez zestaw swoich wartości, motywacji i przyzwyczajeń. Kroję go na własne potrzeby i stan umysłu. Mój minimalizm nie dotyczy sukienek i książek, tylko spokoju w głowie, autentyczności i umiaru w byciu, słuchaniu, mówieniu tyle, ile potrzeba.

Bo obok haseł: kupować mniej, posiadać mniej, mam ochotę dodać kolejne: mówić mniej.

Uwielbiam słowa. Mają ogromną moc. Kształtują naszą rzeczywistość, potrafią podnieść na duchu w najgorszy czas, natchnąć wiarą, dodać siły, sprawić, że czujemy się piękni, przenieść w inny świat. Mogą nas ponieść. Mogą nas ściągnąć w dół, zranić, mogą sprawić, że już nigdy nie będziemy chcieli usłyszeć ani słowa.

Nie lubię ich nadużywać. Nie lubię, gdy ludzie wkładają je w niewłaściwe miejsca i oczekują, że będą znaczyć coś innego. Przyparci słownikiem do muru machają z lekceważeniem ręką, że to tylko semantyka.

A przecież chyba znaczenie ma znaczenie?

Minimalizm w głowie, minimalizm w słowie. Jeśli masz coś do powiedzenia, powiedz to najprościej, jak się da. Bez wzniosłych słów na czynność niewzniosłą. Jeśli chcesz wiedzieć, jaką diagnozę postawił lekarz, to po prostu o to zapytaj, nie buduj konstrukcji czy udało ci się coś ustalić w kwestii twojego zdrowia? bo tracę ochotę na rozmowę i czuję się, jak w urzędzie.

Mój minimalizm to prosty przekaz, bez podszewki z intencji i oczekiwanych reakcji.
Mój minimalizm to rozwijanie i rozszerzanie przez ograniczanie, odsiewanie. To moje pozwolenie, by odeszło wszystko to, co  rozprasza i odciąga od tego, co jest dla mnie ważne.
Paradoksalnie przez to pozbywanie się, mam więcej. To jak rozciąganie mięśni, w których zaczynasz czuć ciepło, w których robi się więcej miejsca, jesteś więc silniejszy i pełen energii.

Nastrajam się na własną melodię. Jedną z tych żywych, wesołych, ale niezbyt skocznych. Z tekstem, który zastanowi i da nadzieję. Nieprzegadanym.
I coraz bliżej mi do tej dziewczyny ze schodów.

Z rzeczy ważnych w porannej codzienności, prócz przygotowania M-ce pożywnego śniadania do szkoły z liścikiem, zakropleniu kotu oczu, najważniejsze staje się zbudowanie pewności, że jestem wystarczająca.