M-ka przemierza już sama cały dziedziniec szkolny, robiąc co chwila obrót i machając w moją stronę. Dobrze znam swoje geny w niej zatopione, dlatego wiem, że w tych chwilach czuje się niezwykle dorośle i odgrywa właśnie w głowie scenę z kolejnego filmu, w którym jest scenarzystą, reżyserem i odtwórczynią głównej roli.
Gdy pędzelkiem rozprowadzam kolor na płytce paznokcia, gdy biorę zalotkę w dłoń i gdy zwijam rajstopy przed wsunięciem w nie stopy, widzę ten wszechświat w jej oczach, który tak dobrze znam ze swojego dzieciństwa. Tak samo patrzyłam na moją mamę i babcię przy tych codziennych, prozaicznych czynnościach. To jest  element magii, odkrywanie kobiecości, jeden z tych momentów, w których myślisz, że jak dorośniesz, to chcesz tak samo.
Podobno, gdy zaczynam o niej mówić, to uśmiecham się całą sobą. Śmieją się moje usta, oczy, końcówki włosów i odruchowo uśmiechają się wszyscy obok. Bo M-ka to jest uśmiech, od dwóch kresek na kawałku plastiku, ziemniaka na USG (bo M-ka nigdy nie była fasolką), uśmiechniętą blizną po niej na mym brzuchu poprzez wszystkie minuty, godziny, dni i lata.
Za kilka lat naturalnie zacznie się oddalać.  By nazwać siebie, zaneguje wszystko, w czym będzie przypominać mnie. Potem wróci. Na razie unosi się nad podłogą z bałaganem we włosach, tysiącem twórczych pomysłów, których nie ma kiedy zrealizować i ja wiem, że to muśnięcie po mnie. Kiedy siadam, kładzie głowę na moich kolanach i zamyka oczy. Gdy idziemy chodnikiem wsuwa swoją dłoń w moją. Prowadzi swą codzienną manufakturę rysunków tylko dla mnie. Czyta mi bajki.
Czasu dla M-ki nie liczę, nie wydzielam, nie rozpraszam. Marnujemy go razem, leżąc na trawie i czytając chmury, rysując podwodne światy i rzucając kamieniami przed siebie, która dalej. Czytamy sobie na głos, przytulamy się w ciszy patrząc na drzewo za oknem, malujemy kamienie, tańczymy w kuchni, gniazdujemy. Robimy zdjęcia naszych stóp, piszemy wspólny dziennik i oglądamy dużo filmów zajadając się popcornem. Śpiewamy w głos, śmiejemy się aż po bóle brzuchów i nie rozczesujemy włosów.
Gdy się na siebie zezłościmy, to jest nam tak bardzo przykro, że płaczemy ściskając się, aż któraś z nas powie, żeby nie beczeć. A potem jemy dużo lodów i spotykamy się w połowie drogi z naszymi silnymi charakterami.
Bycie mamą, to jedyny taki stan, w którym potrafię wybaczyć sobie własne błędy. Do których przyznaję się na głos bez mrugnięcia okiem. Jedyny obszar, w którym mogę bez wahania powiedzieć, że sobie radzę, nawet, gdy się mylę.
Ósmy z kolei tort, był najsmaczniejszy i najładniejszy do tej pory. Idealne proporcje doświadczenia i spokoju, miłości i wiary we własny osąd. Bo ja też dorastam, dojrzewam, uczę się i odkrywam. Wyluzowałam.
Być może jestem osobą, która cieszy się na majówkę najbardziej na świecie, choć od tylu lat nigdzie nie wyjeżdżam, bo wyprawiam urodzinowe przyjęcia. Początek maja już zawsze będzie miał jej zapach, a maj pozostanie najjaśniejszym ze wszystkich miesięcy. Z każdym zdmuchnięciem kolejnej świeczki, wraca do mnie jej pierwszy krzyk tuż przed północą, pierwszy dotyk jej skóry, ciepło jej ciała na moim i pierwszy raz, gdy jej zapach przeszedł przez moje nozdrza. I ten stan, gdy po prostu wiesz, co jest w życiu ważne, że wszystko jest na swoim miejscu.
M-ka powoli wyrusza w swój świat. I tak, jak w drodze przez ten dziedziniec szkolny, co jakiś czas odwraca się i macha do mnie z uśmiechem.
Odmachuję spokojna.