lamassu katie biurko rysunek

 

Co słychać?
W zasadzie, to niewiele – odpowiadam i czuję, że kłamię.
Obiektywnie niewiele: chodzę do pracy, wracam do domu, robię zakupy, spędzam czas z M-ką, oglądam seriale, rozmawiam ze znajomymi, czytam. Dużo piorę.
Znowu chodzę w sandałach i znowu miasto pachnie kwiatami. Znowu się uśmiecham tak po prostu i znowu zaczęła mnie cieszyć jazda samochodem. Znowu głośno śpiewam i tańczę.
I uczę się odpuszczać. Zajmować jedną rzeczą na raz. Zarządzanie kalendarzem polega na jego czyszczeniu, a nie uzupełnianiu.
I pod tą warstwą, że dzieje się niezbyt wiele, jest ukryta cała prawda, o tych wszystkich procesach pod skórą, bo tam toczy się życie, tam jest ciągły ruch, tam dzieje się bardzo dużo. Trzeba to wyciszać.
Paradoksalnie, po drugiej stronie milknę i się kurczę, drgam każdym swym konturem i mięśniem. A w brzuchu, tuż przed świtem, od lewa do prawa, toczy się fioletowo-rubinowa kula z miliardem parzydełek, które nieprzyjemnie gilgoczą mnie od środka. I wciąż to nieznośne poczucie, że w oczach innych widać mnie mniej.
Rosną stosy książek i skracają się zdania pisane w głowie do kropki, która w tej sytuacji nie ma żadnej racji bytu. Wykrzywiają się linie kadrów,  poszerzają horyzonty a Gallup snuje baśnie z tysiąca i jednego spełnienia.
Poranki bulgoczą czarnym płynem w kawiarce, pod oknem banda szpaków dziobie w ziemi. M-ka chciałaby trochę dłużej pospać, a ja zastanawiam się, co tam – tak naprawdę – dobija się we mnie?