Wiesz, czym jest dla mnie sens?
Dłonią M-ki wplątaną w moją dłoń. Równym krokiem na szlaku. Ufnym i spokojnym spojrzeniem. Radością i każdą inną, autentyczną emocją.

Najlepsze wakacje to te, które pachną latem, spływają po nadgarstku sokiem z owoców i mokną w ulewie gdzieś w szczerym polu. To te wszystkie wakacje przewędrowane z rodzicami po lasach i górach, schowane na najwyższej gałęzi jabłoni na wujkowej wsi i skrzypiące niebieską kanką na mleko. To te, które trwają teraz i brzmią śmiechem M-ki.
Wędrujemy przed siebie, wraz z wróblem, który skacze nam pod nogami, obserwujemy pasikoniki i pleciemy wianki. Znów dostrzegam rośliny z dzieciństwa, z pierwszego ogródka działkowego i te rwane po domem do zabawy w warzywniak. Mamy we włosach las i niestworzone historie w głowie. Między gitarowymi koncertami i  śpiewaniem na cały głos, łapią nas wakacyjne ulewy i szelmowskie zaczepki starszych panów. Wspinamy się po linach i nurkujemy, zapuszczamy się w głąb i pod ziemię, głaszczemy sowy (i to prawda, że nie są one tym, czym być się wydają), chodzimy po starych cmentarzach i mamy lato książek z mojego dzieciństwa, które odnajdujemy w biblioteczce dla kuracjuszy. Gdy mamy ochotę, to wychodzimy na werandę, by poczuć, jak pachnie deszcz. Bo przecież nie pachnie tak samo, jak w mieście. I głównie żywimy się sernikiem oraz lodami.
To taki czas, gdy nigdy nie jest zbyt wcześnie na szklankę zimnego piwa lub drzemkę w środku dnia. To taki czas, gdzie właściwie czas nie zwraca na nas uwagi, ani my na niego.
Moje all inclusive to wakacje ze źdźbłami trawy utaplanymi w rosie, wsuwającymi się między palce stóp, z włosami czesanymi wiatrem i bez grama makijażu na twarzy [bo tak lubię, a nie dlatego, że dermatolog kazał mi odstawić wszelkie kolorowe (sic!) cienie, a przecież zdecydowanie nie nadużywałam, skoro profesjonalna wizażystka przygotowując mnie do sesji w pracy, stwierdziła, że się nie pomalowałam – moja powieka pokryta kredką i 3 kolorami (sic!) cieni opadła wtedy z bezsilności. Sądziłam, że umiem w make up].
Moje all inclusive to lokalne miejsca, bliskie mojemu sercu. Jak to miasteczko chudych kotów, które – tak, jak i my – wybiegają z ogrodów z malwami i krążą wokół opuszczonych domów.
Lubię buszować po sklepach w małych miasteczkach, w których wieszają kopie zdjęć z Marylin Monroe, jakby miały dodać szyku i klasy tym wszystkim odjechanym strojom, jakich nie znajdziesz w miejskiej sieciówce. Chciałam, więc za grosze kupić szałowe espadryle, ale koncern obuwniczy uznał jednak, że błyszczące, różowe buty nie przystają stopom powyżej rozmiaru 40. Kupiłam zatem magnes.
Nasze wakacje to wymyślane na poczekaniu wiersze, wtulenia, tatuaże malowane flamastrami na skórze i zupa w wazie. To liczenie nabitych siniaków i bocian przelatujący nad głową. To wzruszenie M-ką i jej zachwytami, wstrzymanym oddechem na szczycie góry, przyglądaniem się okiem znawcy ceramicznym wyrobom i wybieraniu najpiękniejszej bransoletki z całego straganu. I tą dziecięcą wiarą, że każde słowo można cofnąć i wymazać stosownym, rymowanym zaklęciem.

_______

#serendipity tego tygodnia:

muzycznie Tori Amos; muzycznie i wizualnie Mick Jagger:

czytelniczo: „Całe życie” Roberta Seethalera
w sferze doznań i przeżyć (picie dobrej kawy, to jest przeżycie) Dom Klahra