jesień

Szkolny plecak niedbale porzucony w przedpokoju. Kromka chleba dzielona na pół, trzymająca w objęciach ser i rukolę. Apaszka na szyi zawiązana znów nie tak, jak na szyjach mijanych kobiet. Trampki wrzucone do pudła. Stada ptaków nad głową. Kilka nowych płyt na stole i daty koncertów w kalendarzu. Trochę więcej pracy. Imbir w herbacie. Kwieciste sukienki zdjęte z wieszaków. Zapach palonych ognisk i żółte liście, zgarnięte przez podmuch ciężarówki z pobocza, pomiędzy nami, wirujące przed maską mojego samochodu. Kilka lepszych zdjęć i kasztanów poupychanych w kieszeniach i w torebce. Tęsknota w sercu. Skarpety po domu.

Te kilka faktów, dzięki którym wiem, że był wrzesień.

Wrzesień minął tak szybko, że aż nie mogę uwierzyć, że jest połowa października.

Zrobiłam genealogiczne drzewo, które ma długość mojego przedpokoju i udomowiłam jeszcze trochę dom. Ustaliłam datę, pojechałam w góry spotkać się z rodziną i postanowiłam pracować gdzieś indziej. Zrobiłam krok w stronę książki, co to ją piszę nie pisząc i wywalili mnie z lekcji tańca, choć w ujęciu mentalnym byłam najlepszą tancerką w grupie, mimo iż nie ogarniałam obrotu w prawo. Wsiadłam w pociąg, by zobaczyć wystawę i zaczęłam układać włosy. Rozsupływałam zbitki tysiąca spraw, ale żadna nie doprowadziła do kłębka, tylko rozgałęziała się wiecznie nienażartą nicią. Wieczorem  przeczytałam, że być introwertykiem to czuć się niezręcznie w zderzeniu ze światem i poszłam śnić o swoich lękach.

Przepuszczam staruszkę na pasach, a ona macha mi z uśmiechem jak milion dolarów i od tego ryczę jeszcze przez dwa cykle świateł i jedno niewydarzone rondo. Płaczę też na ulubionym serialu, który wrócił po wakacyjnej przerwie, bo przypomina mi siebie z kiedyś, gdy miałam czas dla siebie samej, dla tego, co ważne i gdy byłam bardziej zabawna. A tego to mi najbardziej żal. Płaczę też, bo pusta droga przede mną, a w radio Free Fallin’ i kurcze… znów za wcześnie. I jakoś nie umiem oswoić myśli, że nie będzie Hey’a. Można pomyśleć, że płaczę nad dźwiękami, obrazami i słowami, ale tak naprawdę płaczę za  przemijaniem. W dowolnej formie.

Ginę w natłoku spraw, które nic nie zmieniają. Zbyt mało słucham muzyki, za mało czytam, niewiele piszę. Nie zbieram liści. Zbyt krótko wącham m-kowe włosy. Zbyt pobieżnie głaszczę kocią sierść. Dobrze, że kawy i wina nie ma zbyt mało. To śmieszne, ale nadal myślę, że mam 26 lat. Gdy wezmę witaminę D, to nawet czuję się, jakbym miała 19. Tylko czasem są te przebłyski, że to jednak już bliżej 40. I trochę szkoda mi czasu na detale. Zaczęło mi się spieszyć do zatrzymania się. Do tego, co zawsze było dla mnie istotne. Moje ciało mówi: zwolnij, moja głowa krzywi się na podrygiwania gallupowego learnera i inputu, moje uszy zaczynają ignorować zbędny szum. Czas się wyłączyć.

Mam taką swoją małą Bukę, co to dynda się na tym krótszym paśmie włosów i szepcze mi do ucha, że to trochę nie ma sensu i trzeba przegonić na cztery wiatry, to wszystko, co wyciąga ze strefy komfortu. I są takie dni, kiedy jestem skłonna przyznać jej rację, ale od 46 godzin myślę, że jednak pieprzy.

A co u Was?

___

ostatnie #serendipity

Muzycznie Van Morrison.

Wizualnie Bernice Kolko jako polski akcent Fridy.

Tekstowo „Opowieści podręcznej”. (Słuchałam audiobooka z cudowną Magdą Cielecką, a każde zdanie, tak mocno do mnie trafiało, że pomyślałam, że słuchanie podczas jazdy samochodem, z wykrzykiwanymi pozdrowieniami do innych kierowców, to jednak strata jest, więc przerwałam, by móc z należytą uwagą przeczytać każde z nich. Audiobook miał być optymalizacją. No cóż. Nie jest to moja mocna strona, zwłaszcza w ujęciu intelektualnym, duchowym i emocjonalnym)