mural wrocław

Czekam na śnieg. Taki pierwszy, delikatny. Na pierwszą warstwę błyszczącego szronu na źdźbłach trawy i siatkach ogrodzeń. Na jego świeży zapach w powietrzu, to jak skrzypi pod nogami, jak topi się na moich policzkach i w moich włosach. Śnieg to jedna z tych historii, którym wierzę. Jedna z tych, do których mam zaufanie.

Od kilku poranków, jak wtedy, gdy miałam 7 lat, przebiegam szybko po podłodze i odchylam grubą zasłonę z nadzieją, że za oknem zobaczę biel. A gdy wreszcie tak będzie, to wskoczę do łóżka M-ki, wyciągając ją spod kołdry, bo tylko ona jest w stanie zrozumieć moją radość i wzruszenie. Śnieg to obietnica, nadzieja i cisza. To szczerość, bezpieczeństwo i ciepło. Być może jestem jedyną osobą, która ma więcej niż 8 lat, której jest dogłębnie przykro, gdy zrzuca śnieg z dachu samochodu i zeskrobuje szron z szyb. Czekam na śnieg.

Czekam też na przepływ, dzięki któremu przepłynie te kilkanaście historii, które przeplatają mi się między palcami, te kilka anegdot i parę faktów. Takich, które schowałam pod poduszką, wepchnęłam w kieszeń, zamknęłam pod powiekami. Takich, które nie mieszczą się tu, choć tak bardzo chciałam rozpisać je na kilkadziesiąt zdań. Takich, które nie mieszczą się też we mnie, które już się rozrosły, dojrzały i chcą pokazać się światu, ale ja nie jestem jeszcze na to gotowa. Wiele lat szukałam tematu, ale teraz wiem, że to temat znalazł mnie. I nie puszcza. Napiera ze wszystkich stron. Wróciłam do domu ze stertą nowych książek, takich, które przyciągnęły mnie tytułem i okładką. Nie zdziwiło mnie, gdy przeczytałam opisy na obwolucie, że każda z nich jest o rodzinie i przeszłości. Czekam na przepływ.

Czekam na wieczory, gdy gniazdujemy pod dwoma kocami i pijemy czekoladę z jednego, czerwonego kubka, bo M-ka nie ma przecież na nią ochoty, dlatego wypija tylko 3/4 mojej porcji. Wieczorem dom pachnie goździkami, cynamonem i pomarańczami, a czasu jest nadal za mało na wszystkie filmy, gazety i książki rosnące w kolejne stosy. Czekam na te wieczory, gdy rzucamy w siebie popcornem i leżymy pod kołdrą szepcząc do siebie, o czym był miniony dzień. Te wieczory, które stoją w miejscu, mimo iż przesuwają się strony książek. Te wieczory, które nie pachną tęsknotą za ich końcem. Czekam na wieczory.

Czekam na te małe, drobne sprawy, przy których czuję wewnętrzne ciepło i równowagę. Moje serendipities.  Jak gitary w Sunshine Of Your Love, zimna woda rano na twarzy, jego bluza na mojej nagiej skórze, murale na podwórkach odkrywane podczas ucieczek od pędu w jedną i w drugą stronę, zapach w sali do jogi, oglądanie ładnych okładek książek i zapętlony Gołębi puch. Chwile, gdy zakładamy swetry, czapki lub szaliki robione przez Rodzicielkę i czuję ścieg miłości. Czekam na tę wewnętrzną pewność, gdy na zewnątrz nic nie jest pewne, że nadal wiem, jaki kolor ma litera „w”, jak smakuje księżyc i jaki kształt ma czas. Bo przecież wiem. Czekam na te chwile.

Czekam na spokojną noc. Kiedy nocą budzę się bez tchu, z sercem, które trzepie, jak oszalałe, to wiem, że albo wraca choroba albo coś złego zbliża się w moją stronę. Do świtu zaklinam rzeczywistość, aby to było to pierwsze. Są takie filmy, które nie kończą się dobrze, takie książki, które zostawiają w sobie nienazwany smutek i pustkę. I są te niespokojne noce, które wiedzą, że złe stoi tuż pod drzwiami, mając za nic moje zaklęcia. Czekam na spokojną noc.

Czekam na wypełnienie. Podczas koncertu myślę, że nie drażni mnie wcale, że zespół, którego słuchałam mając lat naście, nie gra już tak samo. Przecież i ja taka sama nie jestem a z wieloma osobami z wtedy się rozjechałam. Z tymi z teraz zresztą też. Ze zdziwieniem odkrywam, że naprawdę nie czuję ani żalu ani braku. Jeśli spojrzeć na to, tak zupełnie obiektywnie, to jesteśmy blisko siebie wtedy, gdy potrzebujemy czegoś od siebie nawzajem. Potem naturalnie oddalamy się do swoich spraw, innych czasoprzestrzeni, czasem innych ludzi, gdy kończy się nasza rola. Ta wersja pomaga mi w spokoju czekać na to, co wypełni tę przestrzeń. Nie myśleć w rozgoryczeniu, odpuszczać. Czekam na wypełnienie.

Wczoraj spadło kilka płatków śniegu, a powietrze pachniało świeżością i tym, co nowe.

Dzisiaj, w tym czekaniu myślę, że poza tym, co mam, nie potrzeba mi nic więcej.

Poza śniegiem.

_________

Ostatnie #serendipities

muzycznie CDN Hey’a ze szczególnym uwzględnieniem „Eksperymentu”.

Koncert Comy, który rozwalił mnie pierwszą piosenką, która jest w moim prywatnym top 10 piosenek;  i support Reload, który miał być miłym odkryciem muzycznym, do momentu, gdy nie zapowiedzieli piosenki, która powstała, gdy gitarzysta miał 14 lat, a basista 3 (a ja 10) i mój heavy make up spłynął kilkunastoma łzami przy heavy wersji mojej ukochanej piosenki ukochanego Roxette.

tanecznie Afrykański i amerykański house.

I, po prostu niXes.

filmowo bajka „Coco” przecudna opowieść o pamięci, rodzinie, zaświatach i pasji prosto z serca.