ślub keaton

Jest coś innego w śpiewie ptaków na wiosnę. Lekkość, przestrzeń. Może nawet i nadzieja.

Pisanie na wiosnę też miało to do siebie, ale przecież spadł znów gęsty śnieg i wciąż w tle niepisanie zamknięte w teczce związanej białą tasiemką.

Z  błyszczących wystaw sklepów zające wystawiają uszy znad puchatych bazi, na balkonie mieni się w ciepłym słońcu hałda śniegu. Nieoczekiwana biel zza okna wlewa się przez zazdrostkę do kuchni wprost w kielichy darowanych 7 dni temu wiosennych kwiatów, które starają się wytrwać w wazonach, a ja mam w głowie przejrzałe lato. Takie jak tu:

Pijąc na przemian herbatę z gorącą czekoladą myślę, że dobre było dla nas to przedwiośnie pomiędzy dziwnymi niby-zimami.

Gdy schodzimy z góry śnieg nie jest już po prostu biały. Zresztą, na zajęciach z malarstwa uczyli mnie, że biel, to kolor, którego w śniegu jest najmniej, czego Fałat najlepszym przykładem. Posuwam się do myśli, że może we wszystkim najmniej jest tego, co najbardziej oczywiste.  Oczywistość jest najbardziej oślepiająca, że powtórzę po raz setny za sobą samą.
Serce tętniące w skroni, pasma włosów skręcone od wilgoci. Promień słońca uwięziony w kropli topniejącego śniegu, zaczepionej o ostry koniec świerkowej igły, jak łza szczęścia tańcząca na skraju rzęsy. Odgłos strumienia pod śniegiem, przypomina, że pod spodem trwa życie, przeciska się, przebija do słońca, do nieba. Proces twórczy ukryty gdzieś pod tkanką, między jednym krokiem w skrzypiącym śniegu a drugim. I gdy znów dopadło mnie pytanie, jakie mam prawo, przeczytałam, że jesteś „tutejszy”, jeśli prochy twoich przodków leżą w tej ziemi. Jeśli nosisz w sobie te same historie i lęki, to także.

To przedwiośnie zostanie we mnie na zawsze. Jego normalność, zapach ciepłego wiatru, brzeg sukienki tuż pod kolanem, zaskoczenie łzami w oczach, przyjaźnie, które z każdą wiosną kwitną coraz pełniej, mimo burz i gradobić,  cienka warstwa potu skrząca się na nagim ciele, ślad pod obrączką, 12 kaw, to wzruszenie o tym, jak bardzo łatwo można się odkleić od tego, co rzeczywiste.

Przy końcu tygodnia poza czasem znajduję zawieruszony wynik z pieczątką INFJ. To na wypadek, żebym jutro wiedziała kim jestem w społecznych interakcjach.

I tak, jak i w poprzednich życiach, „przeciętności lękam się w chuj”.