nogi, słońce, kwiaty

p r z e m i j a n i e | miejsca – ludzie – słowa 

W centrum mojego miasta wyburzono 3 piętra kamienicy. To co zostało, to wysoki parter przykryty teraz szarą płachtą i pozbawione kontekstu ściany pozostałych kamienic ze zdartym naskórkiem z fasad.  Z oddali widać tylko ślady po miejscach styku ścian. Są jak blizny przypominające, że w tym miejscu  biegła ściana dzieląc przestrzeń na obszary innych funkcji i znaczeń. Na tej wysokości, gdzie jeszcze nie tak dawno temu było trzecie  piętro, fragmenty ścian, które kiedyś tworzyły pomieszczenia, pokryte są resztką tapet. Mocno trzymają się powierzchni biernie przyjmując podmuchy wiatru, krople deszczu  i uliczny kurz. Nie sądzę, aby zbyt wielu przechodniów zwracało na nie uwagę. Kolory tapet wyblakły, z placu po drugiej stronie jezdni ledwo widać ich wzory. Znikają. A kiedyś ktoś je wybierał, może z czułością, może w pośpiechu, może z braku laku. Te za jasne, weźmy te w prążki,  obok położymy te zielone, a w pokoju obok będą niebieskie w zygzaki, o dwa tony jaśniejsze niż kafle w łazience. Pod palcami czuję ich fakturę. Przez chwilę jest mi żal.

*

Wspomnienia też mi blakną. A może po prostu nie wracają. Są jak z innego życia, do którego nie ma po co dzwonić. Już nawet nie tęsknię. Przynajmniej świadomie. Czasem tylko trafię na jakiś ślad z przeszłości. Zdjęcie, pocztówka na półce z przyprawami, wspomnienie  ze społecznościówki. Każdego wieczora ściskam w dłoni zakładkę od niej. Bo świadomie nie tęsknię, nie czekam, ale nie mam w to miejsce żadnego wypełniacza. I chyba mieć nie chcę.

*

Zniknęły dowody na moje istnienie w sieci przed rokiem 2012. Onet uprzedzał, że wszystko, co w jego blogowych edytorach zostało zapisane zniknie, śląc maile do skrzynki, do której nie pamiętam hasła. To dość powszechna u  mnie przypadłość. Tak powszechna, że kiedyś napisałam o tym dość zabawny post. Bo wtedy pisałam zabawnie. Niestety nie mogę tego udowodnić, bo dowody na istnienie zniknęły. Choć pamiętam, że tytuł posta brzmiał No code. Być może to za sprawą gallupowego Inputu , a może zwykłej próżności, która objawia się nie tylko wklepywaniem kremu w skórę, ale także mentalnym głaskaniem komórek mózgowym i archiwizowaniem własnych tworów. Tak naprawdę, to jedynie Waszych komentarzy żal.

o c z e k i w a n i e | ludzie – słowa – wiosna

Robin Dubar uważa, że aby miało to wszystko sens, musimy inwestować 40% całego naszego czasu i regularnego zaangażowania w relacje społeczne.  40% to w zasadzie dużo. Zorientowania na drugą stronę, autentycznej ciekawości, życzliwości. Bez tych 40% jesteśmy samotni, gdzieś na marginesie, łakniemy wzajemności, jak ryby wyrzucone na brzeg powietrza.

Znajomości nie potrafią aktualizować się same z siebie, tak jak aplikacje pozwalające być w ciągłym kontakcie tu i teraz. Są sprawy, których nie lubię zamykać w liczbach. I te 40% trochę mi się nie składa. Bo myślę sobie, że aby to moje moje 40% miało sens, to nie może tylko wychodzić ode mnie. Musi też przychodzić. Jednokierunkowy związek nie jest relacją, ale eksploatacją.

Czasem mi się śni. Pyta, dlaczego i ja tłumaczę każdy znikający procent z tych 40. Ale nawet snach, które w większości są dobre (poza tymi, w których jestem poddawana testom, jak z Archiwum X), moje argumenty nie znaczą nic. Ironią tej sytuacji jest to, że rozgrzeszenie za błędne inwestowanie 40% swojej autentyczności dał mi Tarot. Ona ludzkim słowom wierzy rzadko, kartom zawsze.

Można nazywać to 40%, można nazywać przyjaźnią, ciekawością drugiej strony. Ale tak naprawdę, trzeba po prostu chcieć. Chcieć się dzielić, mówić i słuchać, wspierać, wypłakiwać w ramię, wypluwać pestki czereśni przed siebie kto dalej, śmiać się do bólu brzucha nie pamiętając z czego i czasem wiedzieć, kiedy się zamknąć. Zwyczajnie dbać i się troszczyć. Banał, a jednak cały czas trzeba sobie o nim przypominać.

 

 

r u c h | słowa – wiosna – rozmaitości

W tym czasie poprzedzającym od 3 do 5 dni jem za dużo mięsa i za bardzo czepiam się słówek, szyków, w jakich stoją, ich odmian i znaczeń. Jest wiosna, więc wypuszczam z siebie zdjęcia, jak drzewa pąki, choć w zdecydowanie mniej przemyślany sposób. I piszę. Jakby jutro miały zniknąć wszystkie alfabety tego świata. Wypisał mi się atrament w piórze i nie zapisuję już w notesie w kropki zdań, porównań i oksymoronów. Próbuję je zapamiętać, upchnąć między listą zakupów, pomiędzy więcej niż 40% słów, emocji, które chcę puścić w świat, między to wszystko, co mam na końcu języka, co i tak zamknę w sobie na cztery spusty. Nie mieszczą się, wypadają i łamią pod ciężkimi butami, gdzieś między parkingiem a ulubionymi drzewami.

Skończył się czas zimowy i kończy się czas rozpamiętywania tekstów, które kiedyś napisałam, niezależnie od tego, jak dobre były (dotyczy to nawet ukochanej Luny pisanej kilka lat temu). Kończy się czas czekania. Krok po kroku. Do napisania zostało najlepsze.

*

W garnkach gotują się łupiny cebul i inne naturalne barwniki. Kot zżera rzeżuchę, pies dostaje szału od zapachów, a M-ka dekoruje dom. Po raz pierwszy porzuca swoją myśl estetyczną wszystkiego dużo i wszędzie i jak wół do karety, koniecznie. Dorasta dziewczyna. W wazonach, jak zawsze o tej porze roku, sterczą żółte tulipany.
A ja noszę w sobie spokój, uśmiech Kota z Cheshire, 17 pomysłów na pierwsze zdanie i 4 na coś zupełnie innego. Mam jeszcze większy stół, przy którym zmieszczą się wszystkie obrony doktoratów, ostre cięcia, nowe szczenięta w domu i historie do rana. To o wiele więcej niż 40%.  Znów przed zaśnięciem podnoszę swoją lewą rękę nad głowę i oglądam swoją dłoń, obracając raz w lewo, raz w prawo, przepuszczając między palcami niewidzialne wstążki. To znak, że wracam do siebie.

Jadąc autem łapię w kącik oka promienie słońca. Wyściełają mi żłobienia zmarszczek mimicznych.

_____

serendipity muzyczne Dom z ognia