Góry były piękne. Jak zawsze. Pełne śmiechu, ciepła i radości. Chciałam tam zostać już na zawsze w tym mieszkaniu z domu z wieżą, z węglową kuchnią i trzeszczącą werandą. W tym czasie poza czasem, wziąć M-kę pod rękę i uciec gdzie pieprz rośnie i ukryć się przed wrześniem. Bo ja nie zgadzam się na wrzesień.
Mimo iż już trwa.

Wolałabym, aby jeszcze przez ten rok M-ka nie wiedziała, co to lekcyjny dzwonek i tornister na plecach.
Wolałabym, nie podpisywać się pięć dni w tygodniu na własnej liście obecności.

Bo na urlopach jestem miękka i świetlista. Wolna. Swoja. M-kowa. Na urlopach zwykły świat mnie cieszy i bawi. Poza nimi czasem marszczę czoło i nawet mój głos ma lekki ton papieru ściernego. I mniej energii we mnie i tęsknota coraz większa za zwykłym światem.
Myślę, że to już tylko kwestia czasu.

1 września, M-ka patrzy na mnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami, w których zbierają się łzy i mówi: Mamo, bo ja chyba nie chcę iść do szkoły.

Entuzjastycznie ćwierkam, że zaczyna się fantastyczna przygoda, że dowie się tak wiele i tak wiele świetnych rzeczy będzie mogła wybrać tylko dla siebie.
Nic nie mówię o tym, że ja też nie chcę.

Swój pierwszy dzień w szkole pamiętam jako czarno-biały. To pewnie za sprawą zdjęć. Pamiętam zdjęcia robione przez tatę na balkonie, a potem przez dziadka na jego balkonie. M-ka też już takie ma.
Pamiętam, jak przed wielką szkołą staliśmy podzieleni na klasy, gęsiego a pani wyczytywała nasze nazwiska. I pamiętam, że po jednym nie padło „obecna”, bo właścicielka nazwiska od razu poszła o klasę wyżej. I ja wtedy pomyślałam, że ze mną jest coś nie tak. W sumie długo właśnie tak myślałam. Uwielbiałam platynowe włosy naszej pani, jej różowe policzki i błękitne powieki, tak bardzo w stylu lat 80tych. Na pierwszej lekcji nie rozumiałam czemu spółgłoski są czerwone, a samogłoski niebieskie i dlaczego słowa ‘mama’ nie mogę zapisać literkami, tylko kolorami. Zwłaszcza takimi. Przecież wiadomo, że litera M nie jest i nigdy  czerwona nie była.
Jak tak sobie teraz o tym wszystkim myślę, to wydaje mi się, że byłam gdzieś z boku, wyobcowana, rozkładająca wszystko na atomy, z grupką bliskich koleżanek. I nie powiem, że było mi z tym źle. Było radośnie. Ale nie powiem też, że chciałabym, aby M-ka miała tak samo.
Patrzę na nią jak niesie plecak, jak siedzi w ławce, jak szepcze coś do ucha swojej nowej koleżance, jak wraca z klejem wsmarowanym we włosy, jak zapomina o butach zmiennych i jak przyjmuje to wszystko, co się wokół niej dzieje, tak po prostu, naturalnie. Jak wszystko.
Znosi to bardzo dobrze. Zdecydowanie lepiej niż ja. Bo ja wciąż się wzdrygam na dźwięk szkolnego dzwonka.

M-ka zaczyna nowy etap. I ja też bym chciała. Mam potrzebę zmiany. Znów spadła ze mnie wierzchnia warstwa schematów, złudzeń, znów w kolejną jesień idę inna. To lato przemknęło niemal niezauważalnie i mnie zmieniło. Jestem jak w tej pierwszej klasie, trochę z boku, zastanawiająca się w ciszy nad tym, co widzę i słyszę. I na razie jest mi tak dobrze. Idę w jesień pełna nadziei. Z innymi aspiracjami, celami i potrzebami. Myślę, że to dobrze. I myślę też sobie, że cieszę się na ten powrót do szkoły, na nowe odkrycia i nowy świat, który będę podpatrywać, jak odkrywa go M-ka i uczyć się go razem z nią.

Wczoraj, po godzinie 15, gdy gotowałam obiad, musiałam zapalić w kuchni światło. Zrobiło się tak ciepło, domowo, jesiennie. Lato przeleciało mi między palcami. Jesieni już na to nie pozwolę.