Lubię, jak chabry rosnące przy jezdni zamieniają się w jedną, niebieską smużkę, rozmazaną, jak pastel na kartonie, gdy jedziemy między polami. Zza drewnianych płotów, zbitych z sękatych gałęzi, zaciekawione wyglądają uśmiechnięte łby słoneczników: a kto to jedzie tą zapomnianą drogą?

Lubię górskie wsie i miasteczka. Domy rozrzucone po pagórkach, niby przypadkowo, jak ziarna dla kur, na całych przestrzeniach, pod lasem, na polanie, na zboczu, nad strumieniem, wzdłuż drogi leśnej zakręconej wokół góry, jak sylwestrowa serpentyna wokół nóżki kieliszka z szampanem. Górskie wioski mają w sobie taką specyficzną mieszankę siły i delikatności, wdzięcznej prostoty i budującego sentymentu.
Odzywa się we mnie jakaś pierwotna tęsknota za domem pod lasem, z kuchnią otwartą na niemal dziki ogród. Jeśli ta cała historia z reinkarnacją to prawda, to być może, w jakimś z poprzednich wcieleń, siedziałam na ceglanych schodach spływających pod krzaki malin, pęki maciejek, szczudła malw i kępy lubczyku i piaskiem czyściłam miedziane garnki a koty drzemały u mych stóp.
Stajemy pod górą i jest rześko. Wręcz mroźno. Chmurzy się niebo i wieje zimny wiatr. Ruszamy po drodze pokrytej kamieniami na tyle szybko, na ile pozwalają nam trzylatka i pies. Im wyżej, tym cieplej, słoneczniej. Usta mamy fioletowe od jagód zrywanych na szlaku, myśli pozytywne, głowy świeże. Wdycham zapach mokrego lasu i grzybów, które rosną. Wchodzimy na szczyt a potem jeszcze wyżej, na wieżę widokową. M-ka patrzy na przestrzeń wypełnioną niebem i górami. Mamo, jest pięknie! Jest.
Jest pięknie i jednocześnie dziwnie. Jedziemy na smażonego pstrąga, w drugą stronę. Wioski i miasteczka szare, mimo iż się przejaśnia. Smutne, zapomniane, dla których czas się liczy wstecz. Opuszczone domy, fabryki straszą dziurami po oknach, jak niespełnionym marzeń. Mijamy dom wczasowy, w którym spędzałam Wielkanoc kilkanaście lat temu. Pożółkłe firany w oknach, nadgryzione mury, wyblakło-żółte kolumny aż krzyczą o pięciu minutach świetności, które minęły zbyt szybko.
Przybite, rzucone na kolana, próbują podnieść się mozolnie przekuwając wszystko to, co kiedyś dawało chleb i tętniło, na atrakcję turystyczną jedyną w swoim rodzaju.
Cisza, wcale nie kojąca, nagle przerwana radosnym krzykiem pędzących rowerami kolejowymi.
Szum potoku i zapach tartaku.
Znudzony pan za kontuarem i zdziwiona lama w ogródku.
Najprawdziwszy kosz plażowy i wieża widokowa jak latarnia morska.
Dmuchana ryba nad szyldem i gipsowa głowa lwa nad wejściem.
Przedziwna mieszanka osobliwości. A mimo to, jakiś spokój.
Myślę sobie, że w weekendy – a szczególnie – w niedziele trzeba dać sobie wycisk. Jakikolwiek. Zająć sobie całą niedzielę aktywnością, bo w domu czas mija zbyt szybko, a myśl o poniedziałkowym kieracie jest natrętna jak opasła mucha. Po słodkim zmęczeniu, śpi się dobrze i twardo, a poranna energia nie potrzebuje dookreślenia kawą.