sunflowers, coda

„Przyszedł ten dzień, kiedy ryzyko trwania w pąku było bardziej bolesne niż ryzyko zakwitnięcia”                 | Anais Nin

 

Pękaty kubek co chwila uzupełniam herbatą z cytryną i imbirem. Przy kuchence, gdzie gotują się gęste zupy, stoję w wełnianych skarpetach prosto z Zakopanego. Buduję wieże z książek, łapię #serendipities i zatrzymuję  pod powiekami, podnoszę każdy kasztan, który spotkam na drodze i chowam się w wielkich swetrach. Najulubieńsza pora i wrzesień z kolejnymi urodzinami serendipity.

W kolejnych porach roku mogłabym pisać o tych samych #serendipities – pąkach kwiatów, zimnej tafli wody, piasku między palcami, górskim zmęczeniu,  mroźnym powietrzu, kolorze liści i zapachu jesiennego wieczoru.

14 lat pisania w Internecie to dużo. Dużo słów, historii, emocji i ludzi po drugiej stronie łącza. Minęło jak głębszy wdech, szybki shot tequili. Kiedyś byłam poetką codzienności i pisałam poeprozję.  Dziś #serendipities przeżywam w środku, zachowując tylko dla siebie, jakby nikt inny tego nie dostrzegał. Bo może rzeczywiście świata już to nie interesuje.

10 lat zajęło mi wyciągnięcie zapisanych zeszytów z szuflady i wypuszczenie ich w wirtualną przestrzeń. Może już czas wypuścić #serendipities z wirtualnych szuflad. Zmienić formę. Poszukać innej. Bo już nie jestem i nie będę Gerdą, Królową Śniegu, Dziewczyną w kolorowych skarpetkach, Anną i żadnym dawnym wcieleniem pomiędzy wersami.

Introwertycy, gdy nie mają nic do powiedzenia, to po prostu milczą. Teraz milczę też, gdy mam. Może nawet bardziej. Co zabawniejsze, znów, gdy obwieszczam mniej #serendpity, to zaczynam pisać więcej. Ale nie lepiej. Tęsknię za zwykłym pisaniem, bez fraz kluczowych, SEO i cięcia tekstu na akapity widoczne dla przeglądarek. Bo tu nigdy nie chodziło o przeglądanie, tylko o czytanie i konstruktywny dialog.

Nigdy też nie chodziło o popularność, a ta w pewnym momencie przecież przytłoczyła. Wiem, że nie muszę odnajdywać się we współczesnej blogosferze i copy na Facebooku – nawet nie chcę. Wewnętrznie buntuję się i dlatego pisanie, nie jest już tak lekkie i przyjemne, jak kiedyś. Kiedyś największym kryzysem był nagły brak stałego łącza i on zaburzył mi flow. Bo kiedyś posty pisałam w autobusach. Wracałam z uczelni, potem z pracy i pisałam w głowie, a potem siadałam i wklepywałam w edytory, a kursor puszczał do mnie oko i wiedziałam, że jest dobrze. A potem nie miałam łącza, nie miałam flow, a we mnie rosła M-ka. I przestałam pisać.

Historia lubi się powtarzać – dzieci rosnące we mnie przekierowują moją pisarską energię w inną stronę.

Poza tym, już od dawna nie jeżdżę autobusami.

Przy pękatym kubku herbaty myślę, że będę wracać, nim wrócę na dobre. Bo choć nie jestem już Gerdą, Królową Śniegu, Dziewczyną w kolorowych skarpetkach i Anną, to wciąż kotem i bumerangiem. A one zawsze wracają.

Na ten czas do książek, filmów i gorącej czekolady, dorzucam zderzenia z samą sobą. Bez wypełniaczy.