Maggie Carpenter nie wie, jakie lubi jajka. Kiedyś lubiła jajecznicę, ale potem uznała, że lepsze są te sadzone. Zmieniła zdanie, gdy kolejny narzeczony podał jej swoje ulubione: w koszulce. Maggie Carpenter z twarzą Julii Roberts, nawet nie wie, że nie wie, co lubi. 
Ja lubię jajka pod każdą postacią, choć najmniej te faszerowane. Ale jest za to cały ogrom rzeczy, których po prostu o sobie wiedzieć przestałam. 
Na blogach cisza. Można pomyśleć, że nie dzieje się nic. Nawet, że się lenię, że mi się nie chce. A ja piszę analogowo, piórem w zeszycie, o rzeczach, o których nawet mi się nie śniło (a sny mam epickie). 
Pod tymi czarnymi włosami buzuje, powstają pytania, które brutalnie zderzają się ze ścianą tak oczywistej odpowiedzi, że aż boli i pozostaje tylko do powiedzenia beznamiętne aha. Albo stoją, jak na jakiejś drodze, która nie wiadomo do kogo należy, na przystanku PKSu ze zdartym rozkładem jazdy, nie wiedząc czy i kiedy odpowiedź się pojawi.
Znajduję odpowiedzi na pytania, których nigdy bym sobie nie zadała. Nieoczekiwanie jak na sztuczny tatuaż polany wodą pojawia się odpowiedź niepasująca nigdzie. Oglądam swoją rękę i dziwię się, że to moja ręka. Obserwuję, jak odpadają ze mnie warstwy, które nigdy do mnie nie należały a przywarły jak druga skóra. Odnajduję uczucia i emocje, które rozsiadły się wygodnie, a nigdy nie były moje. 
Milczę jeszcze częściej, jeszcze rzadziej dzielę się swoim zdaniem. Z kalejdoskopu emocji wpadam w próżnię, a potem znów jadę rollercoasterem, czasem krzycząc a czasem śmiejąc się w głos. I to wszystko boli. Jak cholera.
Rak ma delikatną skórę, a mimo to zrzuca swój mocny pancerz, który go chroni. Wygląda wtedy, jak w agonii. Czasem leży w bezruchu a czasem targa w nim na lewo i na prawo. A potem wyskakuje ze starego pancerza, piękny, większy i silny. Bo w starym pancerzu już się nie mieścił. 
Rozrosłam się. Wylewam się poza struktury, ramy i ograniczenia. Moja energia, witalność i radość nie dają zamknąć się w pudełko od-do. Moje potrzeby i oczekiwania też nie. I już wiem trochę więcej i widzę trochę dalej. 
Przeobrażanie się boli. Dojrzewanie i dorastanie też. 
I w tym wszystkim znów znajduję to, czego nie szukałam, czego się nie spodziewałam. Nie tylko to dobre. 
Czy serendipity tak, jak księżyc ma swoją drugą, ciemną stronę?