Wywiewa nam marzec z prędkością 80km/h, a ja bardzo lubię marce. Tę ich nieprzewidywalność i niedookreślenie. Pierwsze, nieśmiałe stąpnięcia wiosny pąkiem i listkiem, jak ukradkowe spojrzenia świeżo w sobie zakochanych. Ten podmuch lekkiego wiatru, jak (niby) przypadkowe muśnięcia palcem o palec i różowiejące drzewa, tak samo, jak  policzki po pytaniach, na które się czeka. I te deszcze, jak dreszcze, gdy spotkają się wargi po raz pierwszy. 
Gdy postawię ostatnią kropkę w tym wpisie, to będzie już kwiecień przeplatający i mylący wszystko. A ja wciąż jestem w marcu, który minął nie wiem kiedy i jak. Jestem w tym, co w marcu najlepsze: w drzewach. Uwielbiam te grudki, węzełki, supełki wyskakujące na gałęziach, futrzaste bazie, jak prawdziwe  kocięta, wystawiające puszysty brzuch do słońca, by głaskać, drapać. Nabrzmiałe pąki, które czekają, aby wystrzelić, jak fajerwerki. To życie buzujące pod korą, tworzące słoje, powiększające przekroje pnia i gałęzi, te listki, które przełożą się na koronę. Tę energię, która potrafi unieść, rozkwitnąć, zapachnieć. 
Kilka dni od spotkania po latach odbieram mail, w którym czytam, że jak to dobrze, że jestem taka normalna. Nie przemielona przez gorycz i frustrację życia, bez fatamorgan, do których dążę, bez póz, gier i ścigania się z samą sobą. I myślę sobie, że właściwie, to chyba nie zmieniliśmy się aż tak bardzo. A może po prostu z rozpędu weszliśmy w role, które graliśmy kilkanaście lat temu. Fajni zostali fajnymi, bezbarwni nie nabrali kolorytu, itd. itp. Ktoś ma męża, żonę, dzieci, fajną pracę, albo i nie. Ktoś tych dzieci, męża i żony nie ma, więc został w piżamie w domu, bo uznał, że nie ma po co przychodzić.

– Będziemy koleżankami? -zapytała M-kę dziewczynka z piaskownicy, a ta się zgodziła.
Bo tak, kiedyś to było właśnie  takie proste. 

Nie mogę pozbierać myśli. Rozsypały się, jak confetti. Mylą mi się daty a oś czasu połamała się i wykrzywiła, jak architektura Gehry’ego. Między bukszpanem a barankami szukam opłatka i autentycznie dziwię się, że nie ma go w asortymencie. A dziś widziałam siebie dawną w napięciu mięśni twarzy innej osoby, w tych wszystkich gestach i pozach, które choć mają ukryć strach i wyobcowanie, tak naprawdę podkreślają wszystko grubą linią. I choć wiele drzew stworzyło nowe słoje, zakwitło i przekwitło wielokrotnie, to myślę, że czasem nadal widać, jak bardzo mocno trzymam w garści cały swój środek, który chce się rozlecieć, ulecieć, rozpłynąć i zapaść pod ziemię, udając, że nic nie rusza mnie już wcale. 
Nie znoszę zmian czasu. Mózg działa mi wstecz, noce są bezsenne, poranki bezwładne. Myśli krótkie i toporne. Żarty nie czują bluesa. 
Na nienazwaną chwilę mam ochotę zawiesić pisanie i świata kadrowanie i choć już wybiła północ i ludzie stroją sobie żarty, to piszę to zupełnie serio, bez przymrużeń oka i skrzyżowanych palców. Ale wiem też, że kwiecień plecień znów wszystko pomiesza i całkiem możliwe, że spłynie na mnie fala natchnienia taka, co to nawet nigdy o niej nie śniłam i będę wbijać rytmicznie litery w edytory i moje słowa na ten szalejący za oknem 80km/h się rzucą i nic z nich nie zostanie. Chciałabym. A w komórce kilkanaście widoków miasta zdjętych z rzeczywistości na krótkim odcinku 500 metrów, które i tak wypuszczę w rytm zobowiązań podjętych. 
Na 1 kwietnia powinnam odcinać się od wszelkich informacji i siedzieć w domu pod kołdrą. 
Nasłucham się, uwierzę, a potem będzie mi zwyczajnie przykro.
Dziś tylko muzyce wierzę.