Pustoszeją półki, znikają obrazy i zdjęcia ze ścian. Raz po raz, chwila po chwili. Coraz mniej kartonów leży na podłodze. I nagle nie ma już nic. Jakby nic się nigdy nie zdarzyło.
Tylko esy floresy pozostawione przez M-kę na ścianie i namalowane przeze mnie motyle nad jej łóżkiem mówią, że było tutaj jakieś życie. Całkiem znośnie i dobre życie.

Po raz ostatni dotykam ścian. Szklą mi się oczy, a przecież od tak dawna marzyłam tylko o tym, by już tutaj nie być. Po raz ostatni gaszę światło, zamykam drzwi, przechodzę przez ogródek, zamykam furtkę od niebieskiego płotu, żegnam się z sąsiadami.

Wsiadamy do samochodu. Po raz ostatni jedziemy brukowaną drogą schowaną w polu kukurydzy. Mijamy przydrożny krzyż i tablicę osady szumnie wsią nazwaną.
I właśnie wtedy wykonujemy dziki taniec radości, krzycząc jak szaleni.

Zaczynamy od nowa, bez obciążeń tamtego miesjca. W głowie wyliczam cały spis rzeczy, za którymi tęsknić nie będę, których nie będzie mi brakować, które mogę wymazać z pamięci i z codzienności.

Bo nie zatęsknię za:

  • niemożliwym do usunięcia zapachem wilgoci
  • przeciekającym dachem w miesiącach sierpień i listopad – niezależnie od tego ile się go łatało i naprawiało
  • sezonem grzewczym, rozpalaniem w piecu po powrocie z pracy i pierwszej czynności w dniu wolnym
  • kończącą się butlą z gazem – zawsze w najmniej spodziewanym momencie
  • temperaturą w domu, po całym zimowym w dniu w pracy (10 stopni)
  • temperaturą w domu w lecie (30 stopni)
  • sąsiadem za ścianą, który od ponad dekady nie ogrzewa swojej części domu przez co ulega on biodegradacji zarażając ściany sąsiadów
  • wiecznie powracającym grzybem
  • prowizorką mówiącą akuku! z każdego pomieszczenia i śmiejącą się złośliwie z każdej półki
  • śmieciami wywożonymi raz w miesiącu
  • spaloną przeze mnie podlogą
  • krzywymi ścianami
  • tapetą  w łazience
  • zbyt małą wanną
  • wiecznie psującą się spłuczką
  • kasetonami
  • reglamentowanym Internetem
  • brakiem zasięgu
  • szerszeniami
  • jakąś tragiczną meblościanką
  • przekleństwami sąsiadów
  • pękającymi rurami
  • zaparowanymi oknami
  • szronem na ścianach
  • szambem pod oknem
  • bardzo wczesnym wstawaniem
  • odśnieżaniem
  • błotem na drodze
  • spóźniającymi się lub nieprzyjeżdżającymi wcale PKSami
  • brakiem sklepu
  • rabatkami
  • złotymi radami i myślami Pana Z.
  • przerwach w dostawach prądu, zawsze wtedy, gdy jest rozpalone w piecu, który trzeba gasić i cały dom pokrywa się popiołem
  • wyłączaniem prądu “przez przypadek” i włączanie go po paru dniach
  • tym, że wszędzie nie po drodze i za daleko
  • depresją, w jaką wpędziło mnie to miejsce, pewnego roku
  • zbyt smutną jesienią i za długą zimą
  • poczuciem bezsilności, gdy każda próba udoskonalenia czegoś kończyła się fiaskiem
  • tym, że się przyzwyczaiłam do bylejakości i poziomu minimum
  • tym, że nigdy po dłuższej nieobecności nie mogłam wyczuć naszego zapachu w tym domu

I wiem, że mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale przecież już nie muszę.
Bo w końcu przestaje mnie to dotyczyć.