Nieważne, jak bardzo jest poplątane, bądź nie, moje codzienne życie.
Nieważne, czy jesteśmy tu w trzy, czy w osiem osób.
Nieważne są daty w kalendarzu i wskazówki na tarczy zegara.
Nieważne, czy z nieba leje się deszcz, czy też skwar.

Lepianka jest takim miejscem, w którym się zawsze wypoczywa. Granice czasu i świata wyznacza ściana lasu. Dni są tutaj długie i wypełnione po brzegi, jak pięciolitrowy słój z ogórkami.
Chodzę spać późno, budzę się parokrotnie w nocy i nad ranem (zawsze o tej porze, o której powinnam wstawać do pracy, co nigdy się nie udaje, gdy rzeczywiście jest potrzebne) a mimo to jestem wypoczęta.
Wypoczęta i najedzona.
Jem często, dużo i pysznie.
I czuję się tutaj wyjątkowo dobrze.
Może to przez parę żurawi przelatujących każdego dnia nad domem?
Może przez zapach jeszcze ciepłego mleka prosto od krowy?
Może to przez szemrzący odgłos maszyny Łucznik, który zawsze kojarzyć będzie mi się z dzieciństwem?
Może przez smak jajecznicy z kurkami zerwanymi w lesie?
Może przez wszystko razem i z osobna.
Otaczają mnie smaki, zapachy i dźwięki zwyczajnego życia.
Wyremontowana lepianka ma klimat już nie ten.
Lubiłam te pęknięcia w glinianych ścianach i zawieszone na nich barwione wizerunki świętych.
Ale, mimo to, i tak jest idealnie.

Po pół godzinie od przyjazdu organizuję zabawę dla dzieci w wieku od trzech do pięćdziesięciu lat. I myślę, zupełnie poważnie, że może jednak powinnam realizować tą drugą zawodową ścieżkę, którą odwiesiłam pewnego dnia na kołek. W głowie Kazik mi śpiewa: (…) zgódźmy się, że z tylu różnych dróg przez życie, każdy ma prawo wybrać źle, zgadzam się i nie przejmuję się tym więcej. Myślę też sobie, że całkiem fajną sprawą jest prowadzenie pamiętników z podróży. Ale jakoś nie miałam na to czasu.

W nocnej koszuli wybiegam nad ranem przed lepiankę, by zbadać temperaturę powietrza, zaklinając by dziad z barometrowego domku wyszedł przed próg. Lepię pierogi, smażę placki z jagodami, robię sok z zerwanych przed momentem porzeczek, przelewam do słoików i zaczyna bawić mnie ta cała sytuacja. Jakbym nie była na urlopie, tylko brała udział w warsztatach kulinarnych.

To, co zjem, spalam na przejażdżkach rowerem po wilgotnym lesie, grze w piłkę i wieczornym truchcie. Dużo czytam i gram w planszówki (nic nie uświadamia mi tak dobitnie braków w ekonomicznym myśleniu – nawet zarządzanie własnym kontem – jak gra w Eurobusiness). Lokalne radio puszcza kawałki, które kiedyś były popularne i się je lubiło, a nie słyszało od wieków. Ergo, całe dnie spędzam ze śpiewem na ustach. Orientuję się, że w refrenie Dirty Diana Michael Jacskon nie śpiewa, tak jak zawsze myślałam, ani nia niek niek nią tylko dirty Diana właśnie. 

Wieczorami leżę na szerokiej huśtawce i patrzę w gwiazdy. Teraz już nie jest dla mnie ważne, jakie to konstelacje. Wypowiadam życzenia, nie tylko dla siebie, wysyłam dobre myśli, nawet do tych niespadających.

Brzemienna kotka ładuje się na mój brzuch i czyni mnie powierniczką swojego mruczanda.

Chodzę boso po trawie skąpanej w nocnej rosie, a wiatr brzmi w liściach brzóz, jak górski potok. Przelatuje nietoperz. Coś pohukuje daleko w polu.

Czuję bardzo dobre wibracje.