Zaraz po tym, jak się wypakowałam po powrocie z lepianki, doszło do mnie, że muszę zacząć się znów pakować.
Że za dwa lata będę się przeprowadzać do własnego mieszkania to wiedziałam.
Wiedziałam też, że w bardzo bliskiej przyszłości będę się przeprowadzać do mieszkania przejściowego.
Chciałam wszystko odpowiednio i dokładnie zaplanować, przeprowadzić się z sensem i porządnie.
Planować oczywiście sobie mogłam. Mogłam także wszem i wobec zainteresowanych informować, dlaczego zależy mi, aby przeprowadzić się w taki a nie inny sposób i w takim a nie innym czasie.
Życie i ludzie również mają swoje plany, które w swoich planach uwzględniałam, ale nie jest to transakcja  wiązana, gdyż  one moich planów nie bardzo uwzględniać chciały.
Było kilka nieprzespanych nocny, chmurnych dni, wiecznego stresu. Zupełnie niepotrzebnie, gdyż od miesiąca było wiadomo, że przeprowadzić się do mieszkania przejściowego możemy, tylko nie wiadomo kiedy. Oczywiście wiedzieli o tym wszyscy, tylko nie my. Bo to takie niby oczywiste było…
I tak będąc na wakacjach dowiedzieliśmy się, że wszystko na nas czeka.

A my w czarnej dupie.

Ponieważ nadarzyła się okazja, by wydostać się z osady szumnie wsią nazwaną, szwagierka – której domem przez 5 lat się opiekowaliśmy – postanowiła dom sprzedać. Trochę się zmartwiłam, bo wiem, co to za dom, jak się w nim mieszka i byłam przekonana, że nikt tego kupić nie będzie chciał, a jeśli ktoś go kupi, to będę współczuć z całego serca. Ze zdziwieniem odbieraliśmy kolejne telefony z informacją, że są chętni. Ba, zdecydowani.
I tak: nasz listonosz – który stwierdził, że nie musi mieszkania oglądać, bo przecież listy nosi, to wie, jak wygląda; pan z remontem w oczach – który poprzestawiał już w głowie wszystkie możliwe ściany; wróżka – która wyczuwa w naszym domu dobrą energię (ja tam tylko wilgoć wyczuwam, ale niech będzie); pan na skuterze – faworyt M-ki, gdyż dał jej do potrzymania kask, licytują się. Ja mam ochotę chwycić każdego za ramiona i potrząść mocno z pytaniem: czyście powariowali?
Ale skoro chętni są, to trzeba się najszybciej wyprowadzić. Okazało się to w środę. Grzecznie wróciłam po urlopie w czwartek do pracy i od razu dostałam wolne na piątek: dziewczyno, wyprowadzaj się stamtąd jak najszybciej! Zresztą, do mnie jeszcze nie dochodzi w pełni to, co się dzieje, ale widzę, że moi bliscy i trochę dalsi, cieszą się z tej przeprowadzki bardziej ode mnie. A ja się cieszę bardzo, bardzo 🙂

Muszę powiedzieć, że całą przeprowadzkę zaplanowałam sobie naprawdę rewelacyjnie i sensownie i bardzo żałuję, że moich teoretycznych planów nie mogę zastosować w praktyce, bo muszę się przeprowadzić do niedzieli.
Tej niedzieli.
Tej jutro.

To znaczy, chcemy się przeprowadzić do niedzieli, czyli wywieźć wszystko to, co będzie nam potrzebne.
Idealiści.
I wariaci.

Bo, gdyby jeszcze całe to pakowanie polegało na podzieleniu rzeczy na te: do zabrania i na te: na pewno nie do zabrania, to byłoby w porządku. Nawet jeśli chcieć troszkę utrudnić pakowanie (ale tym samym ułatwić rozpakowywanie) i grupę do zabrania podzielić na podgrupy, np. kuchnia, łazienka, książki. Bułka z masłem.

Ale każdą podgrupę należało podzielić na jeszcze mniejsze zespoły i podzespoły. Bo to, co nie przyda nam się teraz, będzie potrzebne za dwa lata na własnym mieszkaniu. I tak: podgrupa kuchnia podzielona jest na dwa zespoły: kuchnia – adres przejściowy, kuchnia – adres docelowy (czyli do przechowania u rodziców w piwnicy). Oprócz całego zespołu kartonów mieszczących się w moim schemacie pakowania są jeszcze dodatkowe kartony. Np. karton  dla W. albo dla rodziców, kartony z rzeczami do przekazania ludziom, instytucjom. I tak dalej, i tak dalej. Cały system podzespołów. Plus oczywiście wory na śmieci, gdzie ląduje wszystko to, co nie nadaje się do użytku – pytanie, po cholerę ja to w takim razie trzymałam?

Zaopatrzyliśmy się w kilkadziesiąt kartonów, metry taśmy klejącej, markery i zaczęliśmy się pakować.
Początek obiecujący: w niecałą godzinę spakowaliśmy 20 kartonów.
Książek. Samych książek.

Później zaczęłam odkrywać różne przedmioty i zastanawiać się skąd ja to mam i co miałam w głowie przynosząc to do domu?
Czy życie rzeczy polega też na tym, że one między sobą się rozmnażają, tajemniczo przechodzą z jednego gospodarstwa domowego do drugiego?
No bo jak inaczej wyjaśnić to, że ma się 10 scyzoryków w domu, 3 nieużywane krajalnice do jajek i encyklopedię pszczelarstwa?

Po trzech godzinach myślałam, że zwariuję, zacznę chodzić po ścianach i wszystko puszczę z dymem.
Potem pomyślałam, że przeprowadzka to cudowny wynalazek: można się pozbyć tylu niepotrzebych rzeczy!
Teraz przychodzi mi to bardzo łatwo. Podczas generalnych porządków zawsze było mi żal pozbywać się tych scyzoryków.
Czuję się uleczona z manii zbieractwa i gromadzenia.

Zadziwiające jest to, że człowiek jest przekonany, że tak naprawdę nie ma nic. Nic oprócz gratów, robi selekcję, a potem bach! Kilkanaście kartonów rzeczy niezbędnych.

Potem nadszedł czas na ubrania. Wiem, że ubrań mam dużo. Ale nie sądziłam, że aż tyle! Byłam bezlitosna. I jestem z siebie dumna: worków z  ubraniami przeznaczonymi do oddania jest więcej niż tych przeznaczonych do zabrania.
W związku z tym, gdzieś tak za dwa tygodnie, kiedy się zdążę wypakować, wpadnę w histerię, że nie mam się w co ubrać.

Rośnie sterta kartonów, rośnie zmęczenie. Gdyby nie fakt, że bardzo cieszę się na tę przeprowadzkę, pewnie waliłabym już głową w ścianę. A raczej w kartony. Końca nie widać.
Nie chciałam się pakować na ostatnią chwilę, no to się pakuję. Choć myślę też, że gdybym przeprowadzkę miała rozciągniętą na dwa tygodnie załóżmy, to miałabym dość drugiego dnia a i tak bym się nie wyrobiła. A tak, niesieni pozytywną energią zmiany, mimo zmęczenia, szybko i sprawnie pakujemy pięć lat naszego życia do kartonów.
Czasem potrzebne i dobre są szybkie cięcia.
Koniec przerwy. Wracam do kartonów, worków i logistyki.
Ze śpiewem na ustach.