p o w r o t y

Gdy miałam 10 lat, wszystkie swoje lęki zapisywałam na fragmentach kartek wydzieranych z zeszytów w kratkę. Potem składałam te kartki w małe kwadraty i przewiązywałam muliną. Biegłam za las przy rodzinnym domu i wrzucałam je z mostu do rzeki. Woda rozmywała niebieski atrament i pochłaniała papier. Karteczki i moje lęki znikały pod taflą wody.
Takie to było proste.

Potem były takie lęki, którym stawiłam czoło i takie, które oswoiłam. Są też i takie, do których się nie zbliżam, na których okiełznanie przyjdzie odpowiedni czas albo i nie. I wreszcie są też takie, które szukają drogi do mnie, wracają, jak ty, jak powidoki okrężną drogą, migawką flesza z poprzednich wcieleń i światów równoległych. Kilka takich samych trajektorii myśli, jak kiedyś. Takie same sceny choć w innych czasoprzestrzeniach, dekoracjach i życiorysach. Klika zdań w książce, w których odnajduję coś, czego autor – zapewne – nie miał na myśli. I lęki wracają. Odrastają, jak głowy wirkom. Zwijają się w kłębki w tych samych miejscach co dawniej. Parzą pod skórą, jak kiedyś. Ich się nie oswoi, z nimi idzie się w kolejny dzień, dorasta, zmienia. Lęki, które zna każdy rodzic, które dojrzewają wraz z dziećmi i które nigdy nas nie opuszczą. Doprawione szczyptą doświadczenia i zdrowego rozsądku szepczą trochę rzadziej. Czułabym się dziwnie, gdyby ich nie było.
W razie czego tutaj też mam rzekę.

p o s t o j e

Można wyjść z formy. Tej, którą kształtują edytory, konstrukcje zdań i poeprozja. Wyrosnąć tak, jak drożdżowe ciasto, przelać się przez ramy, przecinki i kropki.

M-ka już doskonale wie, że w kolorowankach nie wychodzi się za linie. Wie, że nie można nadepnąć na łączenia chodnikowych płyt, a podczas gry w klasy, trampki muszą odbić się wewnątrz kwadratu mocno wyrysowanego niebieską kredą. Z lekkim pobłażaniem patrzy na swoje pierwsze rysunki, gdzie plama koloru błyszczy poza wytyczonymi ramami, przekraczając je zuchwale w dowolnym miejscu.

I choć ja też dość szybko pojęłam tę zasadę, że nie warto kolorować poza granicami grubej linii, bo wtedy narysowane przez panią słoneczko nie będzie uśmiechać się tak radośnie, to choć przestrzegałam zasad, to chyba zawsze wolałam się sparzyć niż dmuchać na zimne.  Ze wszystkich grzechów głównych, jeden jaki namiętnie popełniałam, to ten o nieumiarkowaniu. Do utraty tchu, ostrych krawędzi (rzeczy)wistości, bólu brzucha i do krwi. Dosłownie i w przenośni. Do rozbuchanych metafor, zdań złożonych zbyt wielokrotnie i opisów ponad ludzką wytrzymałość.  W życiu dorosłym chodzi już tylko o to, by nie przekroczyć i nie dać przekraczać granic siebie wewnętrznej. I nie tracić słów.

Po 14 latach można wyjść ze swojej własnej, uszytej na miarę formy. Wyrosnąć tak, jak się wyrasta z warkoczyków we włosach ciasno owiniętych muliną (tak, był taki okres w życiu, gdy muliny miałam w bród) i tuzinem bransoletek na nadgarstku, samodzielnie plecionych w rogu łóżka. Wyrosnąć, jak z zeszłorocznych jeansów, kilku relacji i seriali. Można ukryte sensy skrywać jeszcze bardziej, w drobno zapisanych dziennikach, chowanych w niedostępnych szufladach. Można wyjść z formy, bo się już w niej nie mieści, ale nadal być zbyt małą, by wypełnić inną.

W poszukiwaniu formy przebiegam ulicami w deszczu akacji. Choć zdarzają się ranki z podszewką lęku, doceniam małe przyjemności, jak but na obcasie, przy którym biodro kołysze się trochę bardziej niż zwykle; jak promień słońca, który wpadł przez niedociągniętą żaluzję i leniwie wspina się po ścianie, mruczenie kota wprost do ucha i ciepło świata rozlewające się po odsłoniętych ramionach. Lato zapowiada się, drażniąc czubek kolana brzegiem sukienki i śmiejąc się radością na kilogramy wyłożoną w kobiałkach.

Dzisiaj znów usłyszałam, że nie bardzo wiadomo, co ze mną zrobić, bo jestem w najlepszej z możliwych form, a w ogóle tego nie widzę. Jakbym znów odbijała się w krzywych zwierciadłach.

Zawsze można mnie zamknąć w jakiejś emocji. Szybkim geście. Migającym powiadomieniu. Cichości za woalką ciemnych włosów. Śmiechem prosto przepony. W jakieś formie, z której wyłamię się niespodziewanie.

____

#serendipity_by_katie, gdy wiatr wiejący na dachu 17 piętrowego budynku rozwiewa ci włosy i nic nie jest w stanie zabrać tego widoku, który rozrasta się w tobie pod konstrukcją żeber.

#serendipity muzyczne, gdy muzyka w serialu wgryza się tak mocno, że musisz ją znaleźć i okazuje się, że to  Love & Hate śpiewana przez tego samego wokalistę co Cold Little Heart , które przecież też wbiło się w trakcie serialu.

#serendipity serialowe Seven Seconds, bo już dawno przy oglądaniu czegokolwiek, nie siedziałam, jak na szpilkach, nie kibicowałam tak mocno głównym bohaterom, wykrzykując do ekranu: Nie mów mu tego! Uciekaj stamtąd! Nie rób tego! I po coś tam polazła? I nie trzymała tak mocno kciuków za happy end i sprawiedliwość.