R Ó W N O W A G A

Skakałam radośnie jak rodzina barona Von Trappa przy dźwiękach muzyki przez cały pierwszy nowy, niczym nieskażony tydzień, z tą naiwną nadzieją, że już właśnie tak będzie. Ale jak wiemy, idylla Von Trappów także się skończyła, gdy wojska niemieckie wkroczyły do Austrii. Nawet wtedy Julie Andrews ze śpiewem na ustach podnosiła ich na duchu, więc i ja podnosiłam samą siebie, gdy coś zatrząsnęło moim światem, ale w okolicy wtorku wpadłam w fałszywy ton.

Na początku było tak pięknie, jak tego dnia, gdy zerwała się śnieżyca i w przeciągu pięciu minut cały świat pokrył się białą ciszą i zrobiło się spokojnie i bajkowo, by z samego rana, równie spektakularnie, spłynąć błotem pośniegowym do studzienek kanalizacyjnych.

To jak dostać wymarzoną porcelanową lalkę, której nie możesz nawet dotknąć, nim wsadzą ją za oszkloną szybę na najwyższą półkę, byś nie mogła jej dosięgnąć, bo możesz zepsuć. A wtedy to już na pewno się nią nie pobawisz. Jak kolorowy cukierek lizany przez papierek, jak zarobek nieosiągalny bez skanu dowodu (to znana praktyka wśród freelancerów podawania fałszywych danych, by nie otrzymać grosza za garść znaków ze spacjami). Pocieszeniem minionego tygodnia będzie fakt, że bez krzyku, introwersją też można w życie wygrać przy pierwszym rzucie kośćmi, nim ci je zabiorą.

B E Z N O C

Zdarzają się takie noce, gdy otwieram oczy dokładnie po 6,5 godzinach beztreściowego snu (gdyby w totolotku były połówki, to obstawiłabym szczęśliwy numerek) i nie wiem nic. Przez godzinę lub trzy chcąc zmęczyć bezsenność czytam, oglądam, ale najczęściej jednak myślę. Myślę na przykład o psie, który kochał mnie, jak nikt inny dotąd, który bronił jak niepodległości przed wyimaginowanymi zagrożeniami w psiej głowie, który był wierniejszy niż pies z powiedzenia, który po prostu we mnie wierzył bezgranicznie na kanapie, w kukurydzy polu, na siedzeniu samochodu, a M-kę uczynił oczkiem w głowie swojego stada. W tych bezsennych godzinach podejmuję radykalne decyzje o liście tematów nieporuszanych z bliskimi i o grafiku pielęgnacji swoich stóp. A jak nie myślę, to słyszę, jak przez wywietrzniki w oknach, do domu wślizguje się smog i gilgocze moje gardło w ramach nocnych igraszek.

F I Z Y C Z N O Ś Ć

Pod wpływem gigantycznego stresu i naporu ze wszystkich stron sączonego dzień po dniu można czuć kołatanie serc w swoim sercu, to jak z każdym biciem multiplikują się na mniejsze, które każdym swym ruchem ocierają się o naczynia włosowate, giną w przełyku i szepczą swym ruchem w obojczyku o tym, że ich nie zatrzymasz żadnym spokojnym oddechem. A każde z nich ma skrzydła zbyt wątłe by ulecieć, zbyt głośne by zapomnieć.

Organizm może też przejść samego siebie wzdłuż i wszerz, wyjść ze swojej formy i pogrążać w stanie całkowitej nieświadomości fizycznej. Bo fizyczność to obosieczny miecz. Z jednej strony zachwyca, mami, zdobywa, z drugiej odrzuca, obrzydza marnością swej biologiczności i dosadnością argumentów, że jest tylko ciałem.

K O J E N I E

Płynna nowoczesność dotyka mnie, gdy rozgniatam kocią karmę w różowej misce, ale są przekroje, które układają warstwami wartości i mądrości spokojnie, jak babcia wafle i krem w piszingerze.
A potem muzyka na żywo i śpiew co wzdryga i oplata ciarkami i sunie strugami łez po policzkach, brodzie, zagłębieniach obojczyka, by wpaść w ten jar między piersiami i zastygnąć między nimi wzruszeniem, co liże me serce opowieścią o moim miejscu, która uświadamia mi tak dosadnie, jak bardzo kocham to poplątane miasto, które wymyślono od nowa.

S T O P K A  R E D A K T O R S K A

Dzwonkiem do drzwi politolog z Ukrainy i kamerzystka weselna wnoszą tą prawdę, że lepiej zapalić świeczkę, niż przeklinać ciemność, więc zapalam dla więźniów sumienia, mimo iż początkowo nie chcą dać mi zapałek, bo jestem małolatą, która nie ma jeszcze 25 lat, więc moje dodatkowe 10, schowane w umęczonej duszy i zmarszczonym umyśle przyjmują z niedowierzaniem i takim uznaniem, jakbym właśnie znalazła dowód na istnienie San Escobaru.

Pod koniec dnia piątego, gdy wszystkie skrzynki zapełnią się wiadomościami, które wyczekujesz każdym powiadomieniem od pierwszego dnia, gdy śnieg się nie topi, bawisz się lalką z lizakiem bez papierka w buzi, a z okienka uśmiechnięta blond panienka wypłaca ci należną wygraną i gdy po tym wszystkim należałoby wystrzelić korkiem z szampana odkrywasz, że MTV miało kiedyś rację, że na końcu, to już nawet nie ma znaczenia.