Zamiast w siłowni, całą grupą pod okiem trenera ćwiczy się w parku, tuż obok dzieciaków uczących się dancehalla i par rozłożonych na kocach z mini grillami i winem w małych butelkach. Rowery mkną we wszystkich możliwych kierunkach świata, tulipany rosną dziko, gdzie tylko mogą, a ludzie pijący piwo na łódce płynącej kanałem puszczają My heart will go on. Okna gwarantem transparentności, przejrzystości, ukazują wnętrza, w które chcę się wkomponować. Te ogromne kuchnie w piwnicach, w których chcę usmażyć dwa tuziny placków dla tych ślicznych jasnowłosych dzieci biegających na bosaka pod domu. Te wygodne kanapy, na których chcę przeczytać te wszystkie książki ułożone na regałach i to niepościelone wielkie łóżko, w którym mogłabym się zakopać.
A zastygam na widok oświetlonej jadalni, gdzie przy stole zawalonym prasą, naprzeciw siebie siedzi małżeństwo 60-cio latków i czytają wspólnie gazety. 
Nieznane miasta najlepiej jest odkrywać od samego rana. Widzieć foliowe odciśnięcia nocy na ich chodnikach, słyszeć poranne przeciąganie się odgłosem podnoszonych rolet, odczuwać ich lekkie zaspanie, rozmazanie. Widzieć, jak nabierają koloru, nasycenia, rozpędu. Jak tworzą się kontury i kontrasty.

Wiosna w Utrechcie jest tak piękna, że zamieram w swoim przeżywaniu, odczuwaniu i percepcji.

Z okien pociągu podziwiam typową holenderską wieś, z krowami powolnie żującymi trawę, młodymi jagniętami wylegującymi się na łąkach, ze stodołami zbitych z czerwonych desek i wiatrakami w zagrodach. I nie zdziwiłabym się wcale, gdyby przed jedną z nich pojawiła się Mleczarka z obrazu Vermeera.

Wiosna to czas wzrostu, kwitnięcia, początku. A ja czuję, że coś odchodzi, kończy się, zmienia.
Mój mały zespół nagłej zmiany strefy czasowej dopada mnie na poziomie egzystencjalnym. Orientuję się, że się zmieniam, przetwarzam. Jak wąż zrzuca z siebie skórę, tak jak zrzucam dotychczasową mnie. Ze zdziwieniem strzepuję z ramion dotychczasowe potrzeby, zachowania, cele. Wszystko to, co się już nie sprawdza, z czego wyrosłam niepostrzeżenie, jak M-ka ze swoich spodni.

Przekształcenie. Chwilowo stoję bezczynnie i biernie powalona wiosennością i tym, że wszystko wokół mknie swoim dawnym rytmem. Chwilowo nie wiem nic. Wszystko, co się zdarza, przyjmuję. Wtapia się to we mnie bezgłośnie, bez kontekstu i bez większego znaczenia. Czeka, aż będę wiedziała czy i jak tego użyć.
Gdy w obcym mieście nie wiem, gdzie iść, to idę przed siebie, moja intuicja robi mi za kompas.
Dzisiaj nie bardzo wiem, w którą chcę iść stronę.
Czasami, wiedza jedynie o tym, czego nie chcesz, to całkiem sporo.

Przez te parę dni, gdy byłam gdzie indziej, dolnośląska wiosna rozgościła się w każdym parku i rozłożyła na każdym trawniku.

Mam wrażenie, że przegapiłam coś jeszcze.