Lubię działki.
Ale nie te, na które zrywa się skoro świt każdego wolnego dnia i do wieczora biega się między grządkami z haczką i motyką, sieje, sadzi, zrywa, plony wozi wielkimi wiadrami do domu, a potem przez pół nocy myje, wekuje, przetwarza i zastanawia, komu z rodziny by tu upchać jeszcze te dwa wiadra ogórków i nad wyraz rozwinięte głowy sałaty, co zostały w przedpokoju.

Takie wersje działek mam przerobione od krzaków z porzeczkami poprzez grządki ze szczypiorkiem po zagonek z ziemniakami i już więcej nie chce. Grzebać w ziemi nie lubię, w pozycji kucznej mi nie wygodnie, grabie zawsze sobie wbiję w stopę,  a na trawie wolę czytać książki, niż przerabiać ją pod uprawę.
Lubię działkę swoich rodziców, którą pewnego dnia dziadek im przekazał. Rodzicielka od razu zapowiedziała, że jeśli o działkę chodzi, to do tej pory zdobyte doświadczenie działkowca w zupełności Jej wystarczy, rozwijać się w tym temacie nie zamierza, a z działek to interesuje Ją jedynie leżak i książka. Rodziciel przystąpił natomiast ochoczo do roboty. Najpierw zajął się wyrzucaniem wszystkiego, co dziadek przez kilka lat zbierał i na ogródku składował. A były tam klatki dla ptaków, których nikt w naszej rodzinie od 30 lat nie hoduje, stare drzwi od naszej łazienki, mnóstwo roboczych ubrań, w których nikt nie chodził, deski, rury niewiadomego pochodzenia i o czymkolwiek teraz pomyślicie, na pewno też tam było… albo i jest, bo tato wyrzucał, wyrzucał aż zastała Go zima. Potem wystarczyło tylko zlikwidować szklarnię, którą dziadek zrobił z naszych starych okien, zlikwidować 90% grządek, zasiać trawę i jest pięknie!
Działka jakieś 200 metrów od domu, porośnięta krzakami malin i owocowymi drzewami, z trejażem po którym pną się winogrona, jakimiś kwiatami, kilkoma grządkami (ale tylko po to, by szybko zerwać marchewkę na zupę, czy sałatę do kanapek) i z mnóstwem trawy.
W sam raz na to, by w niedzielne popołudnie siąść pod cieniem gałęzi brzoskwiń i moreli, rozpalić grilla, jeść owoce przyniesione z domu na przemian z tymi zerwanymi z krzaka, po które wystarczy wyciągnąć dłoń kołysząc się delikatnie w hamaku. Nigdzie się nie spieszyć, sączyć te chwile powoli w zwykłym oderwaniu, pleść M-ce wianek z koniczyny, łapać koniki polne i podjadać suszący się kminek w altance.
W działkach najbardziej lubię altany. To takie gabinety osobliwości wszelakich przedmiotów, które w domach do niczego już nie służą, a na działkach aktywnie spędzają swoją emeryturę.
M-ka, z pomocą dziadka, zalicza swoje pierwsze w życiu drzewo. Pachną mi poziomki i leniwie płynie czas. Odpoczywam, niczym się nie martwię. Dobrze mi jest.