Wierzę w ludzkie pozostałości. Wierzę, że w ściany wnikają nie tylko zapachy potraw, ludzkiej skóry, mebli, nikotyny. Wierzę, że gdzieś tam w podłogę wtarte są czyjeś marzenia, wierzę w osad życia przesuniętej dłoni po poręczy, wierzę w strach wbity w pęknięcia sufitu. Wierzę, że pozostawiamy po sobie ślady. Nie tylko dziury w ścianach po wbitych gwoździach, wyrobione drzwi, wytarte podłogi i obite futryny. Ale też emocje, które nadają pomieszczeniom tego specyficznego ciepła bądź chłodu. 
Dlatego tak bardzo się cieszę, że są te, którym znaczenia mogę nadać sama. Nasączyć ściany i podłogi naszym śmiechem i miłością, dobrą energią, soczystą nadzieją, goryczą strachu i kwaskowatością niedograń. Oprószyć wszystkim, co ludzkie, wszystkim, co nasze. Jedyne, niepowtarzalne.
Tuż przed rzuceniem ostatniego tobołka na podłogę musiałam przeanalizować wszystkie stany przeszłe i obecne. Zmierzyć i zważyć plusy i minusy, by dojść do tego, że wychodzi na zero. Piękne zero, które jest obietnicą. Bo jest lżej i bez poczucia żalu.  
Uczę się odgłosów nowego domu. Poznaję jego charakter. Niełatwa to sprawa. 
Czasem zastygnę i nasłuchuję, czy to ruszyła winda, czy sąsiad z góry napuszcza wodę do wanny? Ktoś z trzeciego piętra wyszedł na balkon? Piłka spadła po schodach? Czy może to Behemot znów próbuje z gracją wskoczyć na szafę zrzucając wszystko, co po drodze? Uczę się światła latarni uwięzionego w liściach brzozy tuż przy moim oknie. Uczę się nowej kuchenki i mormoranda lodówki. 
Nie zarzucam przestrzeni meblami, sprzętami. Na razie próbuję odczytać w czym czułyby się najlepiej. A czasami marzę, by taki minimalizm i prostota mogły trwać wiecznie.   
Rankami nie mogę znaleźć lanosidła a po południami nie pamiętam kodu do drzwi, których i tak nie mam siły otworzyć. Mam tryliard kluczy na dwóch smyczach i nadal nie wiem, do jakich drzwi pasują. Pozmieniałam hasła dostępu do jakiś ważnych mieszkaniowo spraw i już je pozapominałam. Nie wiem, gdzie są pojemniki na szkło i wyciągam tysiące ulotek o tym samym ze skrzynki na listy. Wyprawiam pierwsze urodziny M-ki w nowym domu i jest jak na studiach, bo siedzimy na podłodze, a zamiast zwykłych świeczek w torcie lądują te, które po zdmuchnięciu gasną tylko po to, by znów się zapalić. Wszystko stoi gdzie indziej niż stało gdzieś indziej (oczywista oczywistość), więc przez kilka dobrych dni, zupełnie nieświadomie, kremem do stóp smaruję ręce dziwiąc się, że nie jestem zadowolona z efektów. Wydeptuję na tych 50-ciu paru metrach swoje ścieżki i kręcę się w kółko niczym Kubuś Puchatek z Prosiaczkiem podczas poszukiwań łasicy, przez co trzy razy wychodzę na cały dzień w niepełnym makijażu (pomalowane oczy: 1,5). 
Zbieram te wszystkie momenty, tak jak pierwsze gotowanie na elektrycznej kuchence i chwilę, gdy – pomimo zmniejszenia stopnia rozgrzania palnika – pół sosu  i tak znalazło się poza garnkiem (nie przejęłam się – sos miałam odparować). To one będą wzruszać i śmieszyć za kilka dekad.
M-ka trochę się boczy na brak telewizora i uważa, że to ważniejszy zakup niż łóżko dla mnie (całkowicie ignoruje informacje, że tego pierwszego nie będzie wcale), ale widzę, że lubi tu być. A mnie brak telewizora cieszy jeszcze bardziej, gdy jemy wspólną kolację w kuchni przy stole i opowiadamy sobie niestworzone historie na przemian z tymi zupełnie banalnymi. I to wszystko jest dla mnie takie so80s, tym bardziej, że jemy przy stole, przy którym i ja jadałam z rodzicielami, gdy byłam w wieku M-ki. Jest dużo czytania i planszówek, wspólnego gotowania i szalonych tańców do muzyki, która gra non stop. 
Bardzo łatwo jest dostrzec tu wszystkie niedociągnięcia i braki. Lista rzeczy do zrobienia, kupienia wciąż się pisze. I choć niewiele tu jest, to czuję pełnię. Widzę spokój w oczach bliskich, że sobie poradzę, że jest dobrze. Słyszę słowa babci, nieskierowane do mnie, że K, to potrafi zrobić prawdziwy dom, nawet z niczego. Czuję, jak dobrze jest tu tym, którzy przekraczają ten próg. 
I to, jak Behemot, tak bardzo kocio, przechadza się po wszystkich pomieszczeniach, a koty przecież zawsze mają rację. 
Mi jest tu dobrze. Najlepiej.
Jasne, czasem mam napady paniki. I owszem, chwilę po przebudzeniu dopada mnie paraliżujący strach, z którym toczę poranne zapasy. I znów stres zwinął się w kłębek w moich barkach. Ale się nie poddaję. Staję, jak nigdy, twardo na ziemi. Nie, nie po to by myśleć rozsądnie i trzeźwo. Po to, by poczuć każdym centymetrem stopy chropowatość własnej podłogi. Mojego miejsca, które buduję, któremu nadaję znaczenie, do którego wracam. W przedpokoju napis: What I love most about my home is who I share it with. I na koniec dnia, na jego początek i środek, tylko to ma znaczenie. 
Pod daktylowym dachem otworzyłam okno.
Prosto w twarz uderzył mnie maj. Pachnie, jak oszalały. Tego zapachu i majowego szczęścia nie zabierze  i nie podrobi nikt.
Miałeś rację.
Demony zniknęły.