Moja ulubiona piosenka pachnie krojoną gruszką i smakuje sokiem z pomarańczy, który cieknie strużką po nadgarstku.
Biega na bosaka i gilgocze ją koci ogon owijający się wokół kostki jak bransoletka. Ma rytm bajek czytanych po zmroku, a jej opuszki palców są brudne od pasteli.
Moja ulubiona piosenka leci od świtu do później nocy i nie nudzi mi się wcale. Jest w niej coś z popu wymieszanego z alternatywą. Drze się wróblami w konarach drzew i różowieje na każdym kroku drobnymi kwiatami.
Zgubiła się pani? Czegoś pani szuka?
– Tylko kadru.
Na służbowej skrzynce potwierdzenie zakupu biletów lotniczych.
I znów to uczucie nienasycenia własnym życiem i tym, co w nim.