autobus, różowe

Wyczuwam go na długo przed. Jak zapowiedź śniegu w zapachu powietrza. Podskórnie, irracjonalnie, bez związku z czymkolwiek. Intuicyjnie niepokój pozwala mi trochę obłaskawić przyszłość, utrzymać się na powierzchni, trzymać głowę wysoko. Ochronić.

Ale nie zawsze. Czasem po prostu jest, bez żadnej myśli przewodniej, tylko po to, by zabrać sen i skupienie, rozbić czas w garść nieznośnie kujących minut i głośne bicie serca.

Jak niepokój o każdego bliskiego, który wsiada w samochód, choćby trasa miała trwać tylko godzinę.

Niepokój o bliższych i dalszych znajomych, którzy długo milczą. Lub o tych, którzy się odzywają, ale w ich słowach, nawet tych wystukanych w komunikatorze,  wyczuwam smutek i wyobcowanie.

Niepokój o to, że już niedługo nie będzie z kim rozmawiać. O to, że choć będę obrysowana ostrym konturem, iskrzącym się jak węgiel drzewny, że choć przez ułamek sekundy znów stanę się całym kosmosem, to w środku będę blaknąć, jeszcze bardziej niż teraz.

Niepokój o kilka spraw większych niż ja, zamkniętych w szerszym obrazie, jak ten, że Przedwiośnie jest jednak zbyt trudne na Narodowe Czytanie, bo trzy przymiotniki obok siebie to zbyt wiele, a słowa tudzież i tak nikt nie rozumie i nie umie z niego poprawnie korzystać, więc Żeromskiego będą poprawiać. Dlatego, coraz bardziej, czuję się zatrwożona, rozeźlona, rozsrożona tudzież smutna. Co się dzieje tobą Świecie?

Chciałabym te wszystkie niepokoje zamienić na niepokój twórczy, ten który potrafił wybudzić mnie w środku nocy, by zapisać senną myśl. Albo ten, co nie pozwalał mi się kłaść do wschodu słońca, by złapać myśl przewodnią. Ale niepokoi mnie, że coraz słabiej wyczuwam jego obecność.

A pomiędzy tym wszystkim śnię miasto, które jest inne od wszystkich miast, które znam z własnych spacerów i książek. Pojawia się nieregularnie, fragmentami, jakby puszczało do mnie oko. To stare kamienice z podwórkami i studniami, z których groźnym wzrokiem przeganiają mnie lokalsi. To reliefy ukryte na ścianach domów jednorodzinnych, których nikt nie zauważa. To olbrzymia katedra i plac, przez który przejeżdżam najprawdziwszą karetą w balowej sukni i w ogóle nie jest to dziwne. To aleje w parku i galerie handlowe. Nie powiązane ze sobą żadną mapą fragmenty miasta nigdy niepoznanego. I nie sądzę, aby śniło mi się bez powodu.

Poza tym marznę w palce u stóp. To znak, że idzie jesień umiłowana.

_____________

#serendipity muzyczne – Lenny, przy którym wszystkie niepokoje spokojnie się kołyszą i Brodka.

Niepokoje wzbudzają też Ostre przedmioty, ale w taki sposób, który lubię.