Powietrze pachnie ciepłym majem i wiosennym deszczem. 
A cały maj jest wypełniony zdarzeniami po brzegi, jak moja szafa sukienkami i przesycony doznaniami, jak zapach bzów i konwalii rozstawionych po całym mieszkaniu.
Dni mijają mi szybko i pełnie. Resztki snu gubię w locie, budzę siebie dawną, tą co z pełnym zaangażowaniem przemierzała sale wystawiennicze zastanawiając się, wzruszając, dziwiąc…
Jaka to ulga wiedzieć, że wciąż potrafię się zachwycić, dać unieść, pozwolić, by trafiło w sam środek, po prostu nie zrozumieć, wzruszyć,  nie dostrzec sensu, dać się rozbawić, zaskoczyć, nie dać się przekonać, dać się porwać w iluzję i w myśl kogoś innego. 
Jaka to ulga wiedzieć, że wciąż mogę rozgryzać artystyczne orzechy, warstwa po warstwie przedzierać się do środka sensów i znaczeń.
Jakie to dziwne widzieć własną pracę powieszoną gdzieś na ścianie obok innych, po której przesuwają się ludzkie spojrzenia.
Jakie to szczęście po raz kolejny dostrzec, że moja rzeczywistość jest pełna przyjaźni, miłości, dobrych gestów. Najzwyklejszej normalności i kolorowej codzienności. 
Jak dobrze smakuje wino, jak przyjemnie tańczy się do ulubionych piosenek, jak we trzy śmiejemy się aż do bólu brzucha, nie pamiętając już nawet, co nas tak bardzo rozśmieszyło. Jak to pozytywnie niesie, gdy robisz bratniej duszy zdjęcie z ulubionym pisarzem. Jak to wzrusza, gdy siedząc w synagodze czujesz spokój i idealną równowagę ze wszechświatem. Jakie to autentyczne i szczere powiedzieć pani sprzątającej, że ładnie jej w nowej fryzurze i jak można się cieszyć, że ktoś bliski znów uwierzył i się zakochał. Tak na śmierć i życie. I tak po prostu.
Nic się w mojej rzeczywistości nie zmieniło tak naprawdę.
Spojrzałam na siebie z boku i doceniłam.
I dziś i w niedoprecyzowane jutro z czystością serca wykrzyknę, że nad życie.
Bo jesteś jakie jesteś.
I do tego moje.