Zawsze wydawało mi się, że mam w sobie coś z Alicji, z tym nagłym kurczeniem się i rośnięciem w najmniej odpowiednich momentach. Z tym odwiecznym poczuciem „w dół, w dół, wciąż w dół. Czy już nigdy nie skończy się to spadanie?” Z tą dziwną trajektorią myśli, stawianiem przedziwnych pytań i dawaniem na nie odpowiedzi. Z rozmawianiem samej ze sobą i z mówieniem na głos nieodpowiednich rzeczy.
 
A dziś myślę, że może jednak jestem Białym Królikiem pędzącym, wiecznie spóźnionym, drżącym przed Królową Kier, która każdego dnia przybiera inną twarz.
Najczęściej spóźniam się do samej siebie, bo kiedyś byłam bardziej. Ogólnie i w szczególe.
I nie ważne, jak bardzo starać się będę i tak pomieszam, rozczaruję, zdenerwuję, a na koniec nie zdążę.
Wciąż przerażona, tak skupiona na zadaniach, oczekiwaniach, że czasem nie dostrzegam tego, co wokół. A czasem to, co wokół pochłania mnie, przeżuwa i wypluwa na rozjechane pobocze i pędzi dalej, nie oglądając się za siebie.
 
Wraz z jesienią przyszedł czas na cięższe obuwie, które sprowadza mnie na powierzchnię gruntu.
Słusznie. Szkoda bym na własne życzenie, radośnie pląsała w pantoflach ponad ziemią i walnęła z łoskotem tyłkiem o bruk owładnięta latem.
 
Z hukiem zamykają się drzwi do pewnych przestrzeni, które zdawałoby się, że stoją dla mnie otworem, że wystarczy tylko wyciągnąć rękę.
Wyciągnęłam i ją przytrzasnęło.
 
Ile razy można mylić się wciąż w tej samej sprawie?
Straciłam rachubę.
 
Nigdy nie sądziłam, że do tego dojdzie, ale chyba zbyt jasno widzę świat.
 
Księżna rzekła, że „każda rzecz ma swój morał. Trzeba go tylko umieć znaleźć”
Szukam.
Muszę zdążyć do siebie.