Lubię życie matki.

Składanie kanapek bladym świtem, chowanie liścików do plecaka, szukanie zaginionej skarpetki.

Lubię odnajdywać śpiącą twarz rano w pościeli i budzić gładząc po płatku ucha, gestem – bardziej lub mniej podświadomie – odziedziczonym po mojej mamie.

Lubię odprowadzanie do szkoły, gdy gna szybko przed siebie na rowerze, aż ją stracę z oczu – bo przecież jest już taka dorosła, ale jeszcze wciąż taka mała, gdy zatrzymuje się przed każdym przejściem dla pieszych i czeka, aż dojdę, by przejść razem. Lubię, gdy z przejęciem odpowiada o Korczaku, o którym usłyszała na lekcji lub dzwoni z oburzeniem, że A. już od 2giej klasy cały czas się przechwala! Lubię, gdy szepcze mi na ucho swoje sekrety i gdy zamyka się w pokoju, by te większe zapisać w pamiętniku. Lubię jej śmiech i to, że potrafi zasmarkać mnie całą, gdy coś ją ruszy. Lubię, gdy ze smakiem zjada, to co jej przygotuję i lubię, gdy bez ceregieli mówi, że tego ohydztwa (które również przygotowałam) jeść nie będzie. Lubię, gdy zasypia na moich kolanach chwilę po tym, jak wymamrocze, że w ogóle nie jest zmęczona.

Lubię tę moc, która mając za nic moje niedostosowanie społeczne i nieśmiałość, pozwala odkrywać siłę, by walczyć o to, co dla niej najlepsze. Lubię to, że moje zmęczenie nie ma szans, gdy trzeba czuwać całą noc.

I lubię te moje ironiczne myśli, gdy muszę wstać bladym świtem, by odwieźć ją na zawody, gdy jeżdżę między próbami i gdy po raz 40 muszę słuchać tej samej piosenki. Lubię to wszystko, o czym się nie mówi, co doprowadza do szału, co często kończy się jedynym, adekwatnym gestem, czyli walnięciem się otwartą dłonią w czoło. I lubię w tym życiu to, że idzie w parze z życiem Katie.

I choć czasem  mam ochotę walić głową w ścianę z bezsilności, choć odcinając pępowinę podszyto każdy kolejny dzień cienką warstwą lęku, choć oblewa mnie zimny pot, gdy niesie zeszyt z matematyki z zadaniem do wytłumaczenia, choć nie potrafię odnaleźć się w relacjach rodzicielsko-szkolnych i choć jest cała masa trosk i różnych innych chociów, to nie zamieniłabym tego matczynego życia na żadne inne.

Choć jest ze mnie,  choć tak samo, jak ja uważa, że O psie, który jeździł koleją jest najsmutniejszą książką świata (dla mnie jedną z, ale to dlatego, że przeczytałam ich trochę więcej), choć widzę w niej swoje gesty i spojrzenie sprowadzające innych na ziemię, choć jest cała lista spraw ziemskich i tych nie ze świata tego, które wspólnie dzielimy jawnie i w tajemnicy przed innymi, to lubię ją, bo jest, po prostu, świetną dziewczyną.

W zeszycie od polskiego, w zadaniu o prawach dziecka,  napisała, że każde dziecko powinno mieć prawo do bycia sobą. To chyba jeden z piękniejszych prezentów, jaki mogłabym jej dać.


#serendipity muzyczne lubię, bo jest takie miłe