Zasypiam z szemrzącą ulicą.
Silniki samochodów, piski opon, śmiechy i rozmowy braministów a nawet brzęk tłuczonego szkła późną nocą jeszcze mnie nie irytują, jeszcze nie przeszkadzają.

To miasto otula mnie do snu, jak matka dziecko, swą najpiękniejszą kołysanką nocnych dźwięków.
Dwa razy dziennie przechodzę przez swoje miejsce. Miejsce, w którym zawsze znajdywałam, choć nie szukałam.
W tym miejscu mogę być każdą sobą, jaką byłam, jaką jestem.
Mogę być tą, co prowadzi filozoficzne dysputy z piwem w ręku. Mogę być tą wylegującą się nieśpiesznie na trawie, tą zamyśloną patrzącą na nurt rzeki. Mogę być tą ze złamanym sercem, albo tą niewyobrażalnie szczęśliwą. Mogę być dziewczynką szukającą głowy w wieży. Mogę być tą zasłuchaną, zamyśloną, zaczytaną. Tą co się śmieje i tą, co płacze. Mogę być tą z piątego miesiąca ciąży spacerującą po ogrodzie botanicznym  i tą pilną studentką kilka godzin stojącą pod fontanną, którą skrupulatnie opisuje według akademickich wytycznych. Mogę być tą, co zawsze stoi pod sceną z prawej strony w czasie koncertu. Nastolatką z Zorką przy oku, szkicownikiem w dłoni. Zapatrzoną na widok z wieży, zdejmującą różę z drzewa.
Mogę być każdą sobą, jaką byłam, jaką jestem i mogę nie być żadną z nich.
Mogę być tą tu i teraz.
I jestem.
Ulotnym spojrzeniem, efemeryczną myślą, dziecięcym zaskoczeniem, zamyślonym uśmiechem.
Stara kamienica, drewniane schody. Klatka schodowa z każdym piętrem bardziej przyjazna, choć wciąż w opisanym i obdrapanym stanie. Ten odcinek swych codziennych spacerów lubię najmniej.
Przekręcam klucz w zamku i wiem.
Jest miasto, jest oddech.