lipiec, książki,

Lipiec to powroty. Do tego, co znane i lubiane, do tego, co kiedyś było bliskie. Powroty do stanów ducha i siebie. Jak na sezon ogórkowy, lipiec miał się całkiem obficie. Ale o tym, kiedy indziej. Na razie lipiec, w którym wracają ulubione seriale a rozczarowania są nieliczne.

#oglądanie | film
Yesterday

Film w sam raz na lato i dobry humor, nie tylko dla fanów The Beatles. Warty odnotowania również dlatego, że to pierwszy raz od czasu ciąży, gdy byłam w kinie. Tym bardziej warty odnotowania, że byłam na nim z moim tatą (ostatni wspólny seans to kino Muszelka i Operacja Samum – jedna z naszych ulubionych rodzinnych anegdot) i z M-ką. Ojciec szedł dla piosenek Beatlesów, M-ka dla Eda Sheerana, a ja dla samego aktu wyjścia.

Oto Jack budzi się w świecie, w którym nikt nigdy nie słyszał o The Beatles. A że ma aspiracje muzyczne, z których niewiele wychodzi (choć według mnie Summer Song jest w dechę), to postanawia “pożyczyć” kilka evergreenów.

Lekka komedia, tym bardziej śmieszna, jeśli znasz teksty piosenek Beatlesów i potrafisz czytać kilka warstw w głąb. A jeśli nie, to i tak śmieszy. Lubię w tym filmie to jak wygląda Lily James (i trochę kojarzy mi się z Keirą z Zacznijmy od nowa), lubię odwołania do Coldplay i Oasis, lubię wersję Help i kilka scen.

Ta ulubiona, to ta, w której główny bohater zaczyna grać Let it be, a jego rodzina zupełnie nie potrafi docenić, że są pierwszymi ludźmi na świecie, którzy obcują z prawdziwą sztuką, przerywając Jackowi grę bardzo prozaicznymi sprawami. Mimo ciemności kinowej sali od razu z ojcem pochwyciliśmy swoje spojrzenia. Och, jak ta scena idealnie obrazowała spotkania z rodziną od strony Rodzicielki!

Bardzo sympatyczna historia z banalną ale niezwykle celną refleksją: świat, rzeczywiście byłby smutniejszym miejscem, gdyby nie muzyka Beatlesów. Gdyby nie muzyka w ogóle.

I tak, tradycyjnie ryczałam, jak bóbr przy Let it be.

Wizyta w kinie to też refleksja innego typu: po obejrzeniu trailerów chciałabym pójść na wszystko (choć nie wiem, czy ponownie przetrwałabym śmierć Mufasy) i wtedy uzmysłowiłam sobie, że teraz trailery często są o wiele lepsze niż filmy, które zapowiadają.

Władca Pierścieni – Drużyna Pierścienia

Jak już wspomniałam, fanką fantasy nie jestem. A. namawiała mnie do czytania Tolkiena, poległam dwa razy, dlatego też i do filmu mi się nie spieszyło. Raz dałam się namówić, aby oglądnąć i szlag mnie trafił, bo nawet się wciągnęłam, a potem okazało się, że brakuje ostatnich 10 minut filmu, więc się obraziłam.

No ale czego nie robi się dla M-ki. Oglądnęłam, szału nie ma. Z fantasy to jednak nadal tylko Gra o tron.

#oglądanie | serial

 

Wielkie kłamstewka – sezon 2

Zdecydowanie jeden z najlepszych seriali, jakie widziałam. I – podczas gdy część osób marudzi, że drugi sezon jest słabszy od pierwszego, bo nie ma już tego klimatu – twierdzę, że ma inny i równie dobry. Drugi sezon jest głównie o tym, co wewnątrz. O tym, jak radzimy sobie (a właściwie nie) z traumami, jak toksyczne mogą być relacje między kobietami, jak mechanizmy obronne, paradoksalnie, zadają ciosy . Zachwyca mnie wielowymiarowość bohaterów, łagodność i miękkość kadrów opowiadających o tym, co brutalne i ostre. Zachwyca gra aktorska – tak Meryl Streep jest cudowna, ale żadna z pozostałych aktorek nie jest przez to słabsza. Na nowo pokochałam Laurę Dern. Plus  soundtrack, który jest dobry na wszystko.

Line of duty – sezon 5

Z mlekiem matki wyssałam miłość do seriali kryminalnych. A ten jest jednym z lepszych, które widziałam. Dobra historia o wydziale śledczym, który bada wątki korupcyjne w policji. Opowiedziana gęsto, bez zbędnych scen. Wątki prywatne bohaterów są rozgrywane jakoś tak mimochodem. W serialach kryminalnych zawsze irytowało mnie, że w pewnym momencie więcej było wątków obyczajowych niż kryminalnych (np. w moim nieodżałowanym NYPD), a omówmy się, że jakbym chciała obyczajówkę, to zawsze mam Merlose Place. W historię wchodzi się od razu, a choć każdy z sezonów jest o innej sprawie, to jednak zawsze okazuje się, że jakoś to się wszystko plącze i łączy. Z jednej strony od pierwszych scen wiesz, co się wydarzyło, ale jakby nie do końca. I historia trzyma w napięciu, nawet mimo tego, że gros scen to statyczne sceny przesłuchań. O brytyjskim akcencie już nie wspominam.

W garniturachsezon 7

Pewnego dnia powiedziałam jedno zdanie i usłyszałam, że jestem jak Donna. A ponieważ serialu nie znałam, to było wiadome, że musiałam oglądnąć. W 3 sezonie Donna lekko, z szelmowskim uśmiechem obracając się z gracją na pięcie powiedziała jedno zdanie i wiedziałam, że to o nie chodzi. Tak, był czas, że byłam, jak Donna. Przy okazji ogromnie polubiłam ten serial. Czasem tylko gdzieś tam wiedziałam, że intryga w pewnym momencie się skończy i scenarzyści będą jakoś musieli z tego wybrnąć. Powiedzmy, że im się udało. I potwierdzam, kocham Harveya. I jego kolekcję jazzowych płyt.

Homeland – sezon 7

Carrie też kocham. I choć brakuje mi czasem tej Carrie z początków serialu, gdy zakładała obrączkę i szła do jazzowego klubu, choć historia z początku jest jak z innej opowieści i choć sezon 6 był męczący, to ja nadal go lubię. Nadal sezon, w którym akcja działa się w Berlinie pozostaje moim ulubionym, ale sezon 7 miał całkiem porządny poziom.

Designated Survivor – sezon 3

Doskonały przykład na to, jak zepsuć dobry pomysł. Pierwszy sezon podobał mi się bardzo, drugi już trochę mniej – za bardzo poprawny politycznie, z nadpobudliwą agentką FBI, która sama jedna, niczym Steven Seagal radzi sobie ze wszystkim i wszystkimi, no i Natasha McElhone w roli pierwszej damy, kompletnie do mnie nie trafiła (cały czas podświadomie czekałam, aż pojawi się Hank Moody). No ale nadal był to całkiem znośny serial polityczny. Natomiast to, co się wydarzyło w 3 sezonie jest tak złe, że nawet mi się nie chce o tym pisać.

Ostatni carowie

Napaliłam się, jak szczerbaty na suchary.

Jeśli reinkarnacja jest prawdą, to zdecydowanie żyłam w czasach wielkich monarchii, śmiem twierdzić, że nawet na dworze. Takim królewskim. Fascynacja królewskimi rodami (zwłaszcza brytyjskimi) jest u mnie ogromna i kompletnie niezrozumiana. Dlatego w tym temacie czytam i oglądam wszystko co się da. No a historia Romanowów, to przecież idealny materiał na scenariusz. Tak tylko wtrącę, że bardzo chciałabym zostać scenarzystą jak dorosnę.

Szybko okazało się, że do fantastycznych TudorówOstatnim carom daleko. Okazało się, że to miniserial, w którym aktorskie sceny przeplatane są wypowiedziami historyków i historycznymi filmami i zdjęciami. Choć myślałam, że będzie to element najbardziej irytujący, okazało się szybko, że gdyby nie on, owego serialu bym chyba nie przetrzymała. Gra aktorska pozostawia wiele do życzenia, sceny erotyczne (chciałam napisać “intymne”, ale to w ogóle ma się nijak) jak z taniego filmu pornograficznego, kadrowanie jakieś bez ładu i składu.

O wiarygodności historycznej nie mogę się wypowiadać, bo zbyt dużej wiedzy w tym temacie nie mam, ale z drugiej strony nie dowiedziałam się niczego, czego już nie znałam. Fakty czysto szkolne, nikomu nie umniejszając, dla mało wymagającego widza.

Zastanowiło mnie natomiast, czy to możliwe, aby caryca kładła na grobie Rasputina eustomę, którą powszechnie zaczęto uprawiać w latach 80-tych XX wieku? Kieliszki z IKEA też były spoko, mam takie same. Gratuluję także osobom od napisów, którzy stwierdzili, że robotnicy zaczęli rosnąć w siłę “w przeciągu doby”. W przeciągu drodzy państwo to co najwyżej mogli stać.

#czytanie

 

Szczeliny istnienia, Jolanta Brach – Czaina

Jeśli pewnego dnia dostajesz wiadomość od kogoś, kto kiedyś dobrze cię znał, ze zdjęciem książki i krótkim słowem polecam, to wiesz, że w końcu przeczytasz i nie będziesz żałować.

Takiego pisania i takiego czytania mi brakuje. Tego widzenia w codzienności, w na pozór błahych sprawach, spraw trochę większych, prawdziwszych, najważniejszych. I choć moje pisanie jest bardzo odległe od tego zbioru esejów, to jednak w Serendipity jest ziarno tej filozofii i szkiełko, przez które oglądam świat.

“Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogarnia nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach. Codzienność stanowiąca tło egzystencjalne zdarzeń niezwykłych, których, których oczekujemy – często nadaremnie – może więc decydować o wszystkim. Ma wymiar drobny. Częstotliwość dużą. Jest niezauważalna”.

Powiedzcie sami, czyż nie o tym, w gruncie rzeczy, bywa serendipity?

Słowa na szczęście i inne nienazwane stany duszy – Grażyna Plebanek

Przypomnienie dla mnie, że w felietonach (tych czytanych i pisanych) jest mi bardzo wygodnie. A poza tym zbiór słów, które w punkt oddają te rodzaje zjawisk, którym język nie dorównuje, a czujesz je całym sobą. Często ulotne, ale z mocą oddziaływania jak koi no yokanl’espirit de l’escalier, mamihilapinatapai… Książka ładnie wydana, z ilustracjami Marty Frej, na wakacje idealna.

#słuchanie

 

For Warsaw With Love Michał Urbaniak

Muzyczne serendipity, gdy puszczasz nie wiedząc, co tak naprawdę cię czeka. Album wydany w ramach cyklu Pamiętamy’44.  Płyta na wskroś miejska. Tak jak w mieście mieszają się style architektoniczne, ulice, ludzkie historie, tak tu mieszają się muzyczne style – jest jazz, blues, hip hop, rytmy i muzyczne inspiracje. Są tu nowe utwory, do których Urbaniak zaprosił innych muzyków, a także wariacje na tematy już dobrze znane i ograne. Jest w tej płycie świeżość i miejskie życie. Jego rytm, puls i przestrzeń.

Pocztówka z WWA, lato’19 Taco Hemingway

I chyba tak już zostanie, że lato będzie mi się kojarzyło z Taco. Za każdym razem tak samo mnie rusza fakt, że w pewien wakacyjny dzień wchodzisz do Internetu, a tam czeka na ciebie nowa płyta. Bez zapowiedzi, bez szumu wokół, gotowe kawałki do przesłuchania od razu.

I choćby za to cenię Taco. Uwielbiam też jego liryzm, prostotę. Ale tak, jak nie znam się na fantasy, tak samo nie znam się na hip hopie, więc proszę tego nie wykorzystywać przeciwko mnie.

Z płytą jeszcze się obsłuchuję. Bliżej mi do Marmuru, ale Kabriolety W piątki leżę w wannie zagrały od pierwszego przesłuchania.

Hokejowy Zamek Pidżama Porno

To na razie tylko jedna piosenka, ale raduje mnie niezmiernie, bo brzmi, jak stara dobra Pidżama. Jest w tym jednak też jakiś smutek, nostalgia. Z pewnymi wykonawcami dorastasz, słuchasz o czym do ciebie śpiewają i gdy zmienia się optyka i z coraz większą goryczą śpiewają o tym, co nas otacza, to masz w sobie jedno z tych odczuć, o którym Plebanek mogłaby napisać kolejny rozdział swojej ostatniej książki. Taka sama wewnętrzna zaduma, jak  wtedy, gdy leci Pola Muńka Staszczyka.

#codzienności

Codzienności, to wycieczki w dobre góry, w które nie idę i ciepła ulewa, która pachnie tak, jak tamta na Kaszubach w lato’85. Lipiec to pisanie na zadany temat, od którego puchnie wirtualny plik. To wszystko, co gdzieś hasłowo rozpisane, zbiera się w kolejne wpisy, do których mi śpieszno. Nawet jeśli to nic takiego, nawet jeśli widzieć miałyby to tylko moje oczy. To znów znajdywanie swojego miejsca i przypominanie o tym, by nie zapomnieć o sobie samej.