maranta

Zarzekałam się, że nigdy, ale to nigdy, nie będę pisać o książkach, filmach i płytach. W końcu obcowanie z tym wszystkim to intymna rzecz i kogo miałoby obchodzić, co ja o danej pozycji myślę? A jednak coś ciągnęło mnie w tym kierunku i czasem, między wersami poeprozji /to określenie na moje wirtualne pisanie, ukute ponad 10 lat temu przez M, zaczepiło się o mnie już chyba na zawsze. Pozdrawiam Cię, gdziekolwiek teraz jesteś 🙂/, przemycałam krótkie refleksje (nie recenzje, o nie!) o tym, co drgnęło we mnie, było miłym odkryciem, moim muzycznym, filmowym, książkowym serendipity.

Myślę dużo i dużo mam refleksji  – niekoniecznie mądrych czy wnoszących coś do życia innych ludzi – i czasem muszę dać im ujście, a nie oszukujmy się, mówienie do psa, kota, półrocznego dziecka czy nawet tego 10 letniego, niby fajne i wdzięczne ale często jednak mało satysfakcjonujące.

Jak to mówią, jakie życie, taki rap.

Dlatego, co by kompletnie nie zdziadzieć i udowodnić, głównie sobie samej, że jakieś opinie posiadam, nie chować się za wymówką, że nie mam czasu, weny, dobrze ułożonych włosów (wstaw cokolwiek), bo mam psa, kota, półroczne dziecko i nawet 10 letnie /kilka dni temu usłyszałam, że nie wyglądam na mamę i do tej pory nie wiem, czy to był pojazd czy komplement/, a do tego jestem nieśmiałym introwertykiem, postanowiłam, że raz w miesiącu wyrzucę z siebie to wszystko, co myślę o tym, co przeczytałam, przesłuchałam i zobaczyłam. Czysto subiektywnie, bez zachowania jakichkolwiek zasad pisania recenzji czy relacji. A ponieważ mam psa, kota, półroczne i 10 letnie dziecko, kiepsko ułożone włosy i mało czasu na cokolwiek, to zbyt dużo tych refleksji nie przewiduję. Choć zawsze mogę się rozgadać.

#oglądanie

Gra o Tron. I od razu dodam, że to nie tak, ja myślicie.

Do 29 kwietnia 2019r. nie widziałam ani jednego odcinka tego serialu. Przez te kilka lat od czasu do czasu, ktoś powiedział: oglądnij, zobaczysz, spodoba ci się na co ja odpowiadałam: eee, nie lubię fantasy. Dość długo żyłam sobie w totalnej ignorancji nie wiedząc, że zima nadchodzi a północ pamięta i z jakimi trudami musi mierzyć się ród Starków, aż wszyscy zaczęli tak mnie denerwować wpisami o Grze o tron, że nie wytrzymałam i odpaliłam pierwszy odcinek.

Jakieś 4 dni potem, w okolicach połowy trzeciego sezonu, zorientowałam się, że przecież ja nie lubię fantasy! Mniej więcej też wtedy stały się dla mnie jasne memy sprzed lat. Dotarło też do mnie, że niektórzy znajomi przemycali w rozmowach ze mną kwestie z GOT, a ja byłam tego całkiem nieświadoma i zastanawiałam się, czy z nimi przypadkiem wszystko jest w porządku. A to nie w porządku było ze mną! Powstrzymałam się od wysyłania wiadomości o treści: “ej, ja już rozumiem, o co chodziło ci dwa lata temu! To było takie zabawne!”. W niecały miesiąc obejrzałam wszystkie odcinki, finałowy kończąc dwa dni po premierze. Ja wiem, że to się nazywa binge watching, że to można leczyć, ale ja w obliczu takich produkcji  pytam się: PO CO?!

Matko i córko, co to był za serial! Ponieważ nie lubię fantasy i się na nim nie znam, to mi się naprawdę wszystko bardzo podobało (może poza 5 sezonem, tam miałam zjazd – być może energetyczny – i oglądałam tylko 1 odcinek dziennie) łącznie z zakończeniem, dla mnie pięknym. Oglądając współczułam tym wszystkim, którzy oglądali GOT na bieżąco i musieli czekać na kolejne odcinki i sezony. Później zaczęłam im zazdrościć, że mieli ten moment oczekiwania, narastających pytań, niepewności i pytałam się, dlaczego to sobie zrobiłam oglądając wszystko na raz?

Wraz z końcem serialu miałam coś na kształt werterowskiego cierpienia i smutku, takiego aż do spodu. Nie pomogły nawet materiały dodatkowe, żaden inny serial nie mógł wypełnić pustki, każdy wyłączałam po około 5 minutach – było w nich zdecydowanie zbyt mało smoków.

Ale jednak udało mi się obejrzeć i to z zainteresowaniem (mimo braku smoków) Dead to Me. Brak smoków wynagradzała Christina Applegate, którą uwielbiam od czasów wiadomego serialu, aczkolwiek co jakiś czas, musiałam sobie przypominać, że to ona, bo daję słowo, że czasami wyglądała jak Jennifer Aniston, którą też uwielbiam od czasów wiadomego serialu, więc nie miałam z tym problemu. A samo Dead to Me całkiem w porządku, trochę dramat, trochę komedia, trochę zaskoczenie a trochę banał. Ot, życie po prostu, a cynizm głównej bohaterki bliższy niż koszula ciału.

The Higwaymen najbardziej zaskoczył mnie tym, że nie był serialem.

Nie wiem, co mi się w tej głowie ułożyło, że spodziewałam się odcinków. Dwóch emerytowanych strażników Teksasu próbuje dorwać parę przestępców: Bonnie i Clyde’a. Ci ostatni, nie odwracają uwagi od głównych bohaterów, zasygnalizowani jedynie fragmentem ramienia, buta, dłoni. Bardziej skupia relacja pomiędzy strażnikami – Woody Herrelson i Kevin Costner jak zawsze na poziomie i przyznam się, że z przyjemnością znów oglądało mi się Costnera (choć powróciły przykre wspomnienia Wodnego świata). Film nakręcony sprawnie, dobrze zrobiony, dobrze zagrany i za pewne za kilka miesięcy nie będę pamiętała o nim w ogóle.

#czytanie

W końcu pogodziłam się z tym, że czytanie, to także obszar mojego życia, który uległ zmianie. Nadal czytam co dziennie, ale najczęściej trwa to około 5 minut, za które i tak jestem wdzięczna. Szybszemu czytaniu, nie sprzyja także fakt, że mam rozpoczętych kilka książek (i to też nowość w mojej rzeczywistości, bo nigdy nie czytałam w tym samym czasie więcej niż 1 książkę, ale na swoje usprawiedliwienie napiszę, że każda z nich jest innego gatunku). Wieżę zbudowaną z książek, które kupuję, ale nie czytam, bądź zaczynam i nie kończę, nazywałam stosem hańby. A jest na to takie piękne japońskie określenie: tsundoku.

Becoming. Moja historia – Michelle Obama

Czytałam chyba ponad dwa miesiące, ale nie dlatego, że książka jest słaba, nudna, czy źle napisana – wręcz przeciwnie. Po prostu taka teraz dynamika.

Odczucia mam mieszane. Niby niczego się nie spodziewałam, a jednak się rozczarowałam. Być może poprzez rozgłos jaki towarzyszył książce przed jej wydaniem, a może po prostu spodziewałam się niesamowitych historii. I to był chyba błąd w założeniu, bo przecież to Michelle Obama, była Pierwsza Dama potężnego państwa – wiadomo, że skandalu żadnego nie będzie. Pod koniec drugiej kadencji słyszałam o tym, jaką Michelle stanowi inspirację i wzór dla innych kobiet i chyba sama chciałam zrozumieć na czym ona polega. Może sama się zainspirować. Michelle mówi mądrze o tym, jak budować w sobie silną kobietę. Taką, która zna swoje silne strony, ale też i te słabsze, która wie, kiedy pochylić się nad innymi, a kiedy skupić się na sobie. Nie ma w jej głosie ani grama wyrachowania, patrzenia z góry, zarozumialstwa. Współczesna kobieta, żona, matka, która, tak się złożyło, była Pierwszą Damą.

“Według mnie stawanie się nie polega na dotarciu dokądś czy osiągnięciu celu. Widzę je raczej jako ruch w przód, ciągłe zmierzanie ku własnej lepszej naturze.” 

I ja też tak je widzę.

#słuchanie

Norah Jones Begin Again

To rodzaj takiego najprzyjemniejszego #serendipity, gdy myślisz, że wiesz, czego możesz się spodziewać, bo przecież artystę znasz, a jednak zaskakuje. Odpaliłam na jednym ze spacerów i tak dałam się muzycznie wciągnąć, że bardzo rozzłościła mnie utrata Internetu. Okazało się, że z Internetem wszystko jest w porządku, po prostu przesłuchałam cały album. Begin Again to zaledwie 7 utworów i to bardzo różnych, zaśpiewanych miękko i mądrze. Muzycznie nie odbiega to jakoś bardzo od tego, co Jones nagrywała wcześniej, ale dla mnie było w tym coś nowego, odświeżającego. Dojrzalszego. A przy niektórych dźwiękach myślałam o Fionie Apple. Ale nie wiem, dlaczego.

Męskie Granie Orkiestra 2019 Sobie i Wam

I nie, nie przyłączę się do chóru, że zeszłoroczna piosenka na Męskie Granie była lepsza, bo to już jest nudne. Jak co roku pierwsze przesłuchanie jest jak takie obwąchiwanie się trochę, bo w głowie nadal się ma zeszłoroczny (sic!) singiel, ale za drugim razem nóżka tupie w rytm, za trzecim śpiewasz już refren i myślisz sobie, że kurcze, to wszystko, to prawda. A potem zapętlasz utwór a dzień płynie.

#codzienność

Może i głupio, ale pomyślałam, że skoro mam to całe swoje stado, o które dbam każdego dnia, to może mogłabym też zaopiekować się kwiatkiem. Albo trzema. Udałam się na kwiatowy targ (wybierając miejski samochód elektryczny, Och! Cóż to była za podróż!) i wybrałam sobie 3 kwiaty według zasady: ooo, a co to takie ładne?

Pan zapakował mi trzy takie ładne, których nazw oczywiście nie zapamiętałam i przytargałam do domu rośliny, z których tylko jedna jest dość prosta w utrzymaniu (to rzecz jasna nie jest równoznaczne z tym, że jest ona prosta w utrzymaniu przeze mnie) a pozostałe dwie mają takie wygórowane wymagania, że wręcz drżę o nie każdego dnia.

Jedną z nich jest maranta, roślina, która stała w kuchni w moim domu rodzinnym. I ja po prostu musiałam ją mieć! Maranta wieczorem podnosi swoje liście a ja czuję się, jakby do mnie machała. Rodzice na widok mojej maranty nie zareagowali sentymentalnie. Przecież ci padnie powiedzieli. Trzymajcie kciuki.

Tak w ogóle, jakim trzeba być ogrodniczym przegrywem – kupiłam sobie piwonie, cały rok na nie czekałam, wsadziłam do wazonu z wodą, a one mi nie otworzyły pąków, tylko zgniły. No ludzie.

.

W maju wróciłam do muzeum, na Wro Art Biennale, o którego fragmencie pisałam ostatnio. Temat tegorocznej edycji to Czynnik ludzki, refleksje na temat związku człowieka z technologią, dynamiki ich relacji, tego czy zawsze jesteśmy jej właścicielami, czy czasem stajemy się jej własnością. Jeśli będziecie we Wrocławiu, to zajrzyjcie do Pawilonu Czterech Kopuł – tam wystawa trwa do końca lipca. Może zobaczycie dokąd idzie żółw, znajdziecie odpowiedź na pytanie czy robot potrafi zaopiekować się psem z gry komputerowej, jaki zapach ma trawa i kto tak naprawdę jest autorem treści SMSów?

wro art biennale

.

Pomiędzy tym wszystkim nadal zmagam się ze swoimi demonami, introwertyzmem, który mnie wnerwia ostatnio. I czuję, że idzie lato, bo w nas lwach odwaga i determinacja budzą się powyżej 26 stopni Celsjusza.

Trochę tak wyszło, że  świat ograniczył się do realnych kilkudziesięciu metrów kwadratowych mieszkania i do kilku kont w społecznościówkach i czasem zaczynasz się w tym gubić. Niby nie chcesz, a jednak się porównujesz, niby wiesz, że nikogo to, nie obchodzi, a jednak męczysz się tym, co pomyślą ludzie, gdy pokażesz im zdjęcie albo tekst.

I nagle zaczynasz mieć dość odnajdywania siebie w cudzych kadrach i własnych słów w tekstach podpisanych nazwiskiem innych. Nagle zaczyna przeszkadzać ci, że sama siebie spychasz na margines, machasz na siebie ręką, ujmujesz sobie dodatkowo robiąc sumę ze światem. I po co? A kiedy zadręczasz się nieistotnym, gdzieś obok rozgrywają się prawdziwe tragedie i wtedy patrzysz na zgniłe piwonie i czujesz prawdziwą wdzięczność.