fotografia, popkultura, lata 90

W jednej chwili z oczu pociekły mi łzy, co zaskoczyło niemal tak samo, jak wiadomość, która je poprzedziła. Luke Perry nie żyje. Zaskoczyło, bo choć przez jakiś czas żyłam historią Dylana i Brendy, którzy uśmiechali się do mnie z plakatu z Bravo czy innego Popcornu powieszonego na ścianie, to przecież nieprzesadnie. Nie śledziłam kariery, jakąś wielką fanką nie byłam, zwyczajnie wyrosłam, jak ze spodni w kratkę, czarnej bluzy z kapturem i słuchania Smells Like Teen Spirit  w myśl zasady everyday Nirvana.

Zaskoczenie było tym większe, że smutek rósł z każdym dniem i oglądniętym teledyskiem, osiągając punkt kulminacyjny przy Hunger Strike, które uświadomiło, że z Wielkiej Czwórki z Seattle większości już nie ma. I wtedy zrobiło mi się naprawdę przykro. Gdy zaczynają odchodzić bohaterowie z popkultury twojego dzieciństwa, to zawsze jest to – mniej lub bardziej – osobiste.

Był czas, gdy wspominając lata 90. myślałam, że to jednak trochę taki paździerz był w ortalionowym dresie, Just 5  i pójściu na całość. Ale przecież nie…

PRL skończył się, gdy miałam 8 lat, pierwszy telefon dostałam po maturze. I był to magiczny czas. Lata 90. to nie tylko odkrywanie smaków bycia nastolatkiem, ale też smaku pierwszego w życiu Bounty, Frugo i Dirty Dancing.  Szukanie własnych dźwięków i estetyki. Budowanie własnego świata i tożsamości. Pierwsze wysokie góry i noce pod namiotem. Pierwsze jeziora, z których wychodziło się już trochę innym. Pierwsze koncerty i podarte jeansy. Martensy przez okrągły rok na nogach, pierwsze miłości i poważne myśli o tym, kim chcę zostać (choć już wtedy podskórnie czułam, że będzie to długi proces). To pierwsza proza i pisanie niezbyt udanych wierszy. Pierwszy makijaż niebieskim tuszem do rzęs i perfumy o zapachu brzoskwini. Ulubione seriale w telewizji i gazety z kiosku, drżenie i radość w sercu przy kupowaniu magnetofonowych kaset. Niedzielny obiad przy liście 30 ton. Teksty piosenek w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego, Latający Cyrk. Smak pierwszego piwa i papieros. Odkrywanie literatury i sztuki.  In bloom, od którego muzyka brzmiała już inaczej i Zorka na dnie wojskowego plecaka, która była azylem. Coraz mocniejsze poczucie, że jest się bardziej do wewnątrz, pierwsze spojrzenia starszych chłopców sunące po nogach i ten rumieniec który pozwolił mi zobaczyć się w innym świetle.

I choć na zdjęciach szkolnych wyglądam trochę dziwnie, jakbym wybrała najgorsze ubrania z szafy (a przecież wiem, że ubierałam się szałowo), a moje włosy nie widziały grzebienia przez lata (a przecież zawsze miałam przemyślaną fryzurę), choć czasem ręce załamuję na wspomnienie własnej głupoty (której nie dostrzegałam wtedy wcale), to  był to najlepszy ze wszystkich najlepszych czasów czas – bo dorastałam. I właśnie dlatego nucę bez wstydu Spice Girls i Britney (będące wtedy guilty pleasures) i płaczę, gdy umiera Luke Perry. Nieważne ile zmienię pieluch i ile sprawdzę zadań z matematyki, nie istotne, że w oczach pierworodnej jestem już stara, we mnie wciąż gra to wszystko, co smells like teen spirit.

Równie fajne jak bajki na Polonii 1 było to, że nie wiedziałam co tak naprawdę myślą sobie inni ludzie. Jestem pewna, że mieli swoje poglądy, ale nie każdy czuł się w obowiązku dzielić się nimi na prawo i lewo. Były też opinie, ale nie stawiano ich ponad faktami. Teraz są komentarze w Internecie i ja naprawdę zaczynam się denerwować. Nauczyciele byli źli bo strajkowali, ale jak strajk zawiesili, to też jest źle. Płonie Notre-Dame i wszyscy są ekspertami od pożarów, renowacji zabytków, gotyku a poza tym przecież to zwykły budynek (i na to burzę się już nie tylko zawodowo ale też po ludzku). A potem IPN poprawia Nałkowską, instalacje Natalii LL i Kozyry wycofują z Muzeum, a globalne ocieplenie nadal nie istnieje. Widząc ilość bzdur i postępowanie głupoty w komentarzach to ja już naprawdę nie mam pytań ani wiary w społeczeństwo.

W takiej chwili Dylan McKey po prostu wsiadłby na motor albo wskoczył na deskę, bo oh well, whatever, nevermind.