Uwielbiam miasto latem.
A im bardziej jest upalnie, tym mocniej uwielbiam.

Najbardziej działają na mnie drobiazgi.

Opryskujące mnie lekko krople wody z fontanny przy nieczynnym dworcu, którą mijam w drodze na parking.
Zieleń spływająca z każdego rogu ulicy.
Kolory letnich sukienek przemykających na pasach dla pieszych.
Wschód słońca wspinający się po ścianach budynków.
Rozgrzane mury przy chodniku, chłód i zapach klatek schodowych w starych kamienicach, wypacających z siebie wczorajsze słońce.

Tyle przestrzeni na ulicach.

Przestaję przemykać z jednego miejsca w drugie, tylko przystaję i zadzieram głowę do góry.
Niby znam je na pamięć, a wciąż odkrywam ciekawe gzymsy, balkony z urokliwymi balustradami, architektoniczne detale.

I coraz więcej dostrzegam w tym mieście topoli.
Topole też uwielbiam.
Czy wystrzeliły w oka mgnieniu, jak fasola z magicznych ziaren, czy były cały czas rozsypane po mieście, a ja zaprzątnięta czymś innym, ich nie dostrzegałam ?
Topole budzą we mnie melancholię i wewnętrzne drżenie.

I uwielbiam, jak miasto latem odmienia się pod wieczór.
Jak tętni i drga swą wesołością i beztroską.

W związku z tym, że uwielbiam lato w mieście, w niedzielę jadę na wakacje do lepianki ukrytej w samym środku lasu.
W związku z tym, że jadę na wakacje, słyszę, że istnieje dość duże prawdopodobieństwo, że pojawią się rzeczy, przy których szefostwo beze mnie sobie nie poradzi (naprawdę nie wiem, co mogloby to być) i czy mógłby w razie czego do mnie dzwonić.
W związku z tym, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie będzie, bardzo cieszę się, że jadę do lasu, w którym zasięgu brak.