drzwi, serendipity, summer on you, czyli co lubię

Lubię za pełne ulice, które żyją już czymś więcej niż pośpiechem i frustracją wystukaną na cztery klaksony i dwanaście przekleństw. Za festiwale i przeglądy, nocne mormoranda pod kolorowymi żarówkami. Za bluesowych grajków, którzy przez kolejne łzy przypominają mi, za co kocham muzykę i za rzeźbiarza, który struga twarze Jezusów, a jego nagi hebanowy tors ma takie same żłobienia, jak kawałek brzozy trzymany w starczej dłoni.

Za piegi zamiast pudru na policzkach. Za sny nocy letnich i koziorożce pod palmami. Za lody na śniadanie, obiad i kolację. Za malwy, truskawki, arbuzy i rabarbar. Za balkon otwarty przez całą noc i chrabąszcze. Za te pobudki o świcie same z siebie i śpiew ptaków. Za długie wieczory i obłędny zapach piwonii, plecenie wianków i czerwcowe światło w kuchni. Za to, że wiesz, że nie powinno zjeść się na raz kilograma czereśni i bobu, ale i tak to robisz. Za zapach wiatru wplątanego w nici prania i za to, że możesz dać się złapać przez ciepły deszcz i nie uciekać wcale. Za lato i nagie ramiona.

Choć mają w zwyczaju mieć w sobie coś z ostateczności, to lubię czerwce. A ten lubię najbardziej, za to, że jest inny niż wszystkie dotychczasowe i wszystkie kolejne. I będę za to lubić każdy kolejny miesiąc aż doliczę do 6. Rok temu ściskałam w dłoni dwie diagnozy i niezgodę na (nie)porządek rzeczy(wistości). W tym sezonie noszę się lżej i śmielej. Po otwartej dłoni przechadza się wdzięczność i radość jak opasła biedronka.

Tak, lubię za biedronki też.


czerwcowe #serendipity:

Filmowo Zimna wojnaSą tam dwa kadry, które mogłabym oprawić w ramkę i patrzeć na nie godzinami, obie w paryskim mieszkaniu. Pierwszy, gdy ona krytykuje tłumaczenie, drugi, gdy on czyta w łóżku. I ta scena, gdy sensualna Zula (w tej paryskiej części wygląda jak Marylin Monroe w swym najlepszym wydaniu, gdy była w moim wieku, dokładnie tak, jak myślałam, że będę wyglądać, gdy będę miała tyle lat co teraz, jednak – oprócz kredki nad linią rzęs – nie wyszło, może moje najlepsze wydanie wciąż przede mną) tańczy na barze i ja to bardzo dobrze znam. Przed oczami mam wyobrażone przez siebie 30 lat temu jabłko przekrojone na krzyż i mam nadzieję, że ta piosenka dojrzała we mnie jak Dwa serduszka, cztery oczy  – a jakże.

#

A po napisach końcowych jest mi tak smutno, że widać to w moich oczach i ust kącikach. Bo ja zwyczajnie lubię czarno-białe filmy i niedopowiedzenia i sztukę poukrywaną w recepcji egzemplarza obowiązkowego. Bo wizualne #serendipity to Survival 16 i wnętrza projektu architekta Bramy Brandenburskiej z kilkunastoma warstwami farby olejnej i (prze)znaczeń, spod których wyczytać można sensy, interpretacje i historie. Całkiem serio myślę, że przez klika lat byłam ekspertem w kwestii sztuki w przestrzeni publicznej, artystycznych interwencji w miejscach zapomnianych, może więc dlatego wciąż tak we mnie trafia, jak piłka do siatki w splot słoneczny w sali od w-fu.

#

Tak życiowo zupełnie, choć nie brałam udziału w licytacjach znajomych na portalach społecznościowych na czerwieńszy odcień pasków i nie wpadłabym na to, by wyniki wymienić na stację dysków czy innego pendrive’a, to tutaj dam upust matczynej dumie, która  zamieniła się w cztery łzy wdzięczności, że dostrzeganie potrzeb innych ludzi, sprawiedliwość i pozytywną energię,  nie tylko ja w M-ce widzę.