Napięta jestem, jak struna. Nie tak, aby wydać piękny, perfekcyjny dźwięk, ale tak by pęknąć z hukiem przy najmniejszym dotknięciu. 
Początek maja, już  w kolejny rok, ma słodko-gorzki smak. 
Smak radości, bo w moich ramionach leży cud. Ciało, umysł, dusza. Nowe życie, najwspanialszy mały człowiek – M-ka. To jest największa radość w życiu. 
Smak strachu, który towarzyszył przez te pierwsze majowe dni, że coś może pójść bardzo nie tak. Ten lęk który pękł z pierwszym m-kowym krzykiem. Najpiękniejszym dźwiękiem, jaki kiedykolwiek słyszałam. Lęk, po którym mam uśmiechniętą bliznę po dziecku. I zaskakuje mnie wciąż, że ten niepokój gdzieś tam jest zawsze pod podszewką niewyobrażalnego szczęścia. 
A może to takie po prostu matczyne, taka miłość co niesie, nadaje sens wszystkiemu a jednocześnie potrafi sprawiać niewyobrażalny ból i nieść lęk.
W tym tygodniu jestem bardzo niespokojna i zdziwiona przeróżnymi odkryciami. 
Tym, że za parę dni moje dziecko będzie miało całe 7 lat. A ja naprawdę nie wiem, kiedy to się stało.
Tym, jak bardzo bije mi serce ze strachu, gdy wychowawczyni rozdaje m-kowe sprawdziany, a ja czuję ten sam lęk i niewiadomą, co dwie dekady temu. I też na tym zebraniu dowiaduję się, że chcąc dodać np 7 do 9, to najpierw dodaje się do 10, a potem resztę. Zaskakująco proste i logiczne. Na 9 matematyków, z którymi  miałam styczność w swoim życiu żaden z nich o tym sposobie mi nie powiedział (i nie ważne, że 6 z nich uczyło mnie w takim okresie mojego życia, w którym – z założenie – powinnam mieć opanowany zakres dodawania i odejmowania do 20)
Wciąż zaskakuje mnie również to, jak podobne kadry robimy z W. w naszym wyzwaniu, choć zupełnie niezależnie, choć W. idzie w jakość a ja w interpretację, choć widzimy inaczej, to wciąż patrzymy w tym samym kierunku.
Tym, że wciąż bardziej patrzę na innych niż na siebie, nawet w najbardziej prozaicznych i nic nieznaczących sytuacjach, a co gorsza robię to zupełnie odruchowo, jak wtedy gdy zatańczył kubek mojego przełożonego, a ja chcąc go ratować zbiłam swój. Swoją drogą, to bardzo piękna metafora mojej rzeczywistości zawodowej…
Odkrywam, po raz pierwszy (i uważam, że to niewyobrażalnie smutne), co to znaczy zjeść coś tak przepysznego, że cały świat po prostu przestaje istnieć. 
Odkrywam, że Joe Cocker zmarł kilka lat temu (sic!). Uzupełniając bazę oglądanych filmów rewiduję swój pogląd na temat mojego kulturalnego obycia. Ze zdumnieniem odkrywam, że filmy  o wiele częściej oglądałam w latach 90tych i na początku XX wieku. Do tego, żyję we wtórnym mieście, bo po głębszej analizie okazuje się, że owszem, wiem o czym dany film był, ale ta moja wiedza wynika jedynie z wnikliwego studiowania opakowań po kasetach VHS w osiedlowej wypożyczalni. I jak się okazuje, w moim, nie aż tak, bogatym dorobku filmów oglądanych, wcale nie przeważa kino ambitne (o czym byłam przekonana) tylko komedie romantyczne i bajki. Okazuje się również, że większość aktorów, których cenię zaczynała w naprawdę kiepskich produkcjach, a ludzie naprawdę oglądają „Zombiebobry”.
Odkryłam także, że jak się rano uczeszę, to ludzie mówią mi, że wyglądam wyjątkowo olśniewająco, promiennie i pięknie. Czyli inwestycja 10zł w pierwszą szczotkę od kilkunastu lat, nie była jednak wyrzuceniem pieniędzy w błoto.
Najważniejsze jest jednak to, że wciąż odkrywam codzienność, siebie i ludzi, których znam trochę lepiej i tych, których wcale. I choć nie zawsze są to odkrycia budujące, to ważne, że w ogóle są.