Karavan | tożsamość
Choć na chwilę załóżmy, że jechała sama. Inni mieli dotrzeć jakiś czas po niej. Albo jechała do niego, bo on już tam na nią czekał z nową wersją życia. Być może była młoda i upinała modnie włosy, a może miała już wszystkiego dość. Tego tłoku, tułaczki, tłumów, tobołów, marudzących dzieci i tych włosów lecących w każdą stronę, do których miała już najmniej siły. Może była pełna nadziei, a może nie miała jej wcale. Może miała tylko jedną walizkę, a może kilka tobołków i krowę. Może wciąż wierzyła, że całkiem niedługo wróci do swojej chaty, gdzie choć wszystkiego jest niewiele, to to niewiele jest wszystkim z widokiem z okna na czele. Być może przesiedziała na dworcu kilkanaście dni wśród innych bezdomnych z nowym adresem w dłoni, tak jak ona. Może szybko znalazła dobre miejsce, albo może musiała je dzielić z innymi, choćby z tymi, którzy mówili tym znienawidzonym językiem.  


Moja dziecięca naiwność kazała mi zawsze wierzyć, że ten odzyskany świat budził radość. Dziś myślę, że głównie niepokój, strach, obcość i niepewność.


*
Przez bardzo długi czas na miasto i jego tożsamość patrzyłam przez pryzmat urbanistyki, siatek ulic, budynków, które zmieniały swoje funkcje, kolory fasad, okna, ale nadal były punktami odniesień. Tak, jak chciał Peiper, dostrzega(ła)m piękno sklepowych witryn, powab sunących tramwajów. Wzruszają mnie elewacje, śpiewam fontannom. Mostom, skwerom i tym zapomnianym domom przesyłam uśmiech, nadaję im własne pseudonimy, zatrzymuję się nad tymi zapomnianymi, zaniedbanymi. Bo miasto to kostka brukowa, kolorowy kafel, klinkierowa cegła i wykusz nad bramą. To rdzawa dachówka i ulica odmierzona jak od linijki. Miasto to organizm, to historia wznoszonych budynków.


Dziś myślę, że miasto to przede wszystkim ludzie.


*
Jestem potomkiem przesiedleńców. I choć nigdy wcześniej nie myślałam o tym zbyt długo (choć zapewne w ogóle, będąc dzieckiem wiecznie zachwycającym i dziwiącym się światu, nie wiedziałam co to oznacza), to teraz zaczynam myśleć w kategoriach bardzo indywidualnych. Myślę, że moja podskórna wiedza o tym, że nic nie trwa wiecznie, to poczucie tymczasowości, wypływająca gdzieś ze środka potrzeba bycia w ruchu, naturalność w dostosowaniu się do wszelkich zmiennych przy jednoczesnym pragnieniu osadzenia się, które jednak zawsze ma swoją granicę, są naturalną spuścizną emocjonalnych konsekwencji migracji społecznych przekazanych mi w genach.         


Był początek bardzo ciepłego lata. Miałam białą sukienkę i podkolanówki, sandałki z brązowej skóry i dopasowaną małą torebkę przewieszoną skosem przez ramię. We włosach spinki ze Smurfami. Była niedziela, karmiłam kaczki w parku, objedzona cukrową watą. Kategorycznie odmówiłam ciepłych lodów, które były dla mnie cukierniczym nieporozumieniem. Coś w tej powolnej niedzieli mnie zastanowiło, zadałam pytanie. I właśnie wtedy tato powiedział mi, że to dlatego, że to miasto było kiedyś niemieckie. Po pierwszym odruchu niedowierzania i zaskoczenia, przyszła ulga, że już jest „nasze”, że jest w domu. Ale chyba i tak tego nie zrozumiałam. Byłam na to za mała i za bardzo zajęta kaczkami.

serendipity | katie | lamassu


*
Moje rodzinne miasto to poniemiecki bruk i kamienice. To wyglądające spod warstw tynku niemieckie słowa, to wiedza, że na tym samym piętrze, na którym mieszkałam przez chwilę o wiele wcześniej żyły Charlotte i Bertha.


Najpierw było Liże Twoje serce, potem Miedzianka, pomiędzy nimi małe podróże, zbieranie rodzinnych historii. Wszystko to nagle staje się opowieścią o tym, że życie nie znosi próżni. Opowieścią o życiu rozumianym, jako ciągły ruch, przeistaczanie się, cykl. To opowieści o zagęszczaniu, wypełnianiu struktur znaczeniami, własnymi sensami. To historie o oswajaniu nowych ulic, przestrzeni, pomieszczeń, o oswajaniu nowych ludzi, którzy stają się sąsiadami. To przeplatane z codziennością, prozaicznymi czynnościami, które trzeba robić, pytania o to, jak obłaskawić tę pustkę. I ten dom obcy, w którym ktoś inny spał, jadł, tańczył nocą na palcach w kuchni i rzucał w gniewie talerzami. I jak jeść z tych samych talerzy, grać na porzuconych pianinach i wysypiać się w obcych łóżkach ludzi, którzy byli po drugiej stronie barykady?


Jest jakaś czułość we mnie i wzruszenie na widok budynków przełomu lat 50. i 60. niezrozumiana przez znajomych. Bo przecież to brzydkie, nie takie i nijakie. Do tej pory myślałam, że to dlatego, że widzę kontekst, wyzwanie dla architektów, potrzebę budowania, wielkie architektoniczne wizje i ideały.


A teraz wiem, że w większej mierze wzrusza mnie to zagnieżdżenie, to bycie w domu, koniec życia na walizkach.


*
Załóżmy, że on na nią czekał. A ona miała tylko jedną walizkę, bo wszystko inne przewieźli już wcześniej, bo od wojny minęło już trochę. Nie na tyle, by nie budzić się z lękiem, ale w sam raz, by zacząć się przywiązywać. Włosy miała upięte, a dzieci biegały po okolicy, nie przywiązując wagi do tej chwili – to był już ich kolejny adres w nowych granicach, ich rodzice zostaną już tutaj na zawsze. Postawiła walizkę na ziemi, nabrała w płuca uzdrowiskowego powietrza, spojrzała na Góry Złote, które będzie od tej pory widzieć ze swoich okien. Po tych górach będą chodzić jej wnuki i prawnuki. Te prapra- pewnie też. Na oślej łączce, która jest za jej plecami,  będą organizować rodzinne spotkania przy ognisku, nawet wtedy, gdy jej już nie będzie. Tu będzie jeździło się na wyczekane wakacje przez kilka pokoleń. Ona będzie pracować w drogerii, potem tę posadę przejmie jej córka, Gertruda.


Dla wielu z nas dom babci Lonci, przy alei drzew, to taka wyspa szczęśliwa, miejsce beztroski, w którym każdy był tym, kim był.


To taki przykład, jak zasiedlić, nadać sens i znaczenie. Jak się zakorzenić w tym, na logikę, nieprzyjaznym miejscu.