Któreś tam grzmienie wiosny przebija się przez słuchawki w uszach.
Śmieję się z nas pod nosem.
Siedzimy wszyscy w swoich takich samych, równo odmierzonych ogródkach, na plastikowych krzesełkach w tych samych kolorach, kupionych w tym samym sklepie.
Oni mają równo przystrzyżone trawniki, ja mam trawnik równo pokryty dmuchawcami.


I jak siedzimy tak co wieczór, na tych swoich wybiegach, na krzesłach z papierosami i piwem w dłoni, każdy patrzy w swoją stronę, zajęty swoimi myślami i swoim trawnikiem, co chwile podbiegając do pocących się kiełbas, to stwierdzam, że nie różnimy się to zbytnio od wczasowiczów w domkach letniskowych gdzieś nad jeziorem.
Zrywa się wiatr. Drobne, białe płatki z jabłoni gęstym deszczem spadają wprost na mnie, na dmuchawce, na ścieżkę.
Sąsiedzi zrywają się z krzeseł w tym samym kolorze i wymiatają ze swych idealnie wyłożonych puzzlami chodników płatkowych intruzów.
Śnieg mamo! – woła M-ka i wiruje z głową zadartą do góry.
Wyciągam ręce nad głową prosto w lecące confetti płatków. I też się zrywam.
Idę w pole.
To śmieszne, ale choć mam je tuż za domem, to w tym roku jeszcze tam nie byłam.
M-ka goni kota, kot ucieka przed M-ką.
Ciepły, silny wiatr owija się między moimi łydkami.
Brakowało mi wietrzyska.
Pierwsze krople rozbryzgują się na gołych ramionach.
Głośne plask na rozgrzanej skórze daje ukojenie ciału.
Mocny wiatr daje ukojenie głowie.
Wywiewa służbowe obowiązki, napięte harmonogramy i tysiące pilnych spraw, które zawłaszczyły każdą moją myśl.

Kilkanaście godzin później kolejne grzmienie wiosny.
Miasto zmęczone upałem, słania się, idzie mozolnie. Jeden grzmot, drugi, nagły błysk i prawdziwa ulewa.

Daje ulgę od ciepła bijącego z betonowej dżungli.Euforia kibiców zagłusza kolejne grzmoty. Nie mają szans z paroma setkami gardeł skandującymi niegdyś tak ważne dla mnie hasło. Piszę niegdyś a przecież uśmiechnęłam się z dumą na końcowy gwizdek.
Wychodzę przed dom.
Spóźnione krople wolnym taktem spadają na mokry beton.
Powietrze orzeźwiające jak napój ze zmrożonych truskawek.
Przebiegam sto metrów. Bez sensu. Nienawidzę biegać.
Bez pachnie jak oszalały.
Cichnie grzmienie.
Dobrze jest.