Miał przyjść czerwiec i mnie zjeść. 
Na szczęście tylko lekko pokąsał po kostkach, dał motywującego kopa w tyłek, zgodnie z powiedzeniem nie zabił lecz wzmocnił rozbiciem w drobny mak. Paradoksalnie.
Znów przeceniając innych nie doceniłam siebie. Znów okazało się, że moja intuicja jest silniejsza niż wszystkie strachy i demony chowające się co rano za stertą książek pod ścianą i strzelające z procy zwątpieniem. Znów kilka chwil z młodzieżą dało energię, jakiej brakuje mi od lat. 
W międzyczasie płaczę nad rozlanym mlekiem z różnych butelek. Nadal mam nadzieję, że rzekę da się zawrócić kijem i tęsknię za powietrzem na twarzy.
Znów zaczęła się ta pora roku, która daje mi energię samym tym, że jest. Garścią czereśni i truskawek, słodkością arbuzów i smakiem bobu. Zapachem młodych kalafiorów i fasolki szparagowej. Znów nadszedł czas sukienek i czas zielonego groszku. Czas pudru w kamieniu odstawionego na najniższą półkę.  Żeby jeszcze tylko ten deszcz przestał padać i słupek rtęci skoczył powyżej dwudziestki. 
Gdzieś tam między bajką o Królewnie Śnieżce i slajdami prezentacji o największej bujdzie świata, przypomniałam sobie, dlaczego mam w szafie tyle spódnic ze sklepu indyjskiego i dlaczego chcę ich jeszcze więcej.  
M-ka, niosąc nad głową złotą lampę Aladyna, cała w cekinach i arabskim stroju, odtańczyła swój ostatni solowy taniec w przedszkolu. 
Ja znów oglądam te same filmy, co kiedyś. Słucham płyt, których nie włączałam przez dekady. Czytam książki, po które nigdy bym nie sięgnęła.
I szukam spokoju.