Cały mój wrzesień to jedno, prawdziwe, wciąż samej sobie uświadamiane serendipity. Te (nie)przypadki prowadzące do szczęścia nieposzukiwanego, to odnajdywanie miejsc, ludzi i zjawisk, gdy wypatrywało się czegoś zupełnie innego. 
Cały mój wrzesień to wyciszenie, które pojawiło się bez zapowiedzi. Dopieszczanie się od środka i sunięcie swoją mydlaną bańką, mimo iż fronty międzyludzkie zbyt często zmienne a bywa że i nieprzyjazne. Zamiast zapłakać nad ludzką małością odkrywam jak bardzo jestem już poza tym. Czasem tylko zastanowię się nad tym, jak coś co obiektywnie jest gwiazdką z nieba, puszczeniem oka przez los, w czyjejś perspektywie jest irytującym paprochem na połaci płaszcza. A mnie cieszą takie gwiazdki i mrugnięcia, dają mi podmuch wiatru pod skrzydła. Dla innych są kamieniem w bucie.

Z rzeczy najważniejszych, to niezwykłą frajdę sprawia mi przygotowywanie śniadań. Krojenie jabłek, pakowanie kanapek do śniadaniówki i ukrywanie słodkich niespodzianek, którymi M-ka obdarowuje swoich nowych kolegów. Śniadanie to podstawa udanego dnia. Jak się okazuje przygotowanie go również. M-ka oszołomiona pierwszą szkolną lekturą lepi Plastusia, a mi łza wzruszenia dygocze na rzęsach, bo sama w pierwszej klasie robiłam dokładnie to samo. Mój Plastuś mieszkał w piórniku, tak jak u Tosi, a na przerwie siedział w kieszonce fartuszka gdy biegałam wzdłuż korytarza. A potem wypadł i pozostała po nim rozdeptana plastelina pod drzwiami klasy I ‘e’. 
Niezmiernie bawi mnie fakt, że koleżanki i koledzy ze szkoły w codziennych opowieściach mają imiona i nazwiska, tak nierozłączne, jakby stanowiły niezaprzeczalną jedność. Uśmiecham się na karteczki z rysunkami zwierząt wrzucone do plecaka przez najbliższą koleżankę i wzruszam widząc jak M-ka odkrywa nowy, zaskakujący świat i jak stawia swoje pierwsze taneczne kroki w zespole, z którym ja związałam swoje dziecieństwo. Ma już za sobą zgubione zadanie domowe, kilka wariactw na koncie, pierwsze koleżeńskie wizyty i pierwsze szkolne demony, jak ten, że zbyt szybko skończy się jej zeszyt do angielskiego. Dzienniki są wciąż takie same jak pod koniec lat 80tych, a pismo pani wychowawczyni nadal jest pismem pani z pierwszej klasy, każdego z nas.  

Odkrywam rytmikę każdego dnia, serię zdarzeń, które wynikają jedne z drugich, biorę w garść swoje sflaczałe poczucie obowiązku i wreszcie chodzę wyspana. Szukając innego numeru bramy, znów jak dziewczyna nie po tej stronie ulicy, wchodzę na podwórko, z którego ścian patrzą na mnie kolorowe psy, trójwymiarowe ryby, pstrokate ptaki, kilka dinozaurów i jeden rekin. Zagaduję do pana z farba i już po chwili maluję kwiaty na jednym z murali. Tak po prostu. Nie szukając. Serendipity.
Nie wiedzieć czemu odnajduję prawdę i spokój w gotowaniu, niespodziewanie nowe służbowe zadanie okazuje się być wymagającą, ale jednak frajdą, i praktycznie z dnia na dzień ląduję pod pomnikiem Małej Syrenki i nadwyrężam sobie ścięgno włócząc się godzinami po kopenhaskim bruku.  

Nadszedł czas owijania się w kraciasty koc i wkrajania imbiru do herbaty. Nadchodzi ukochana jesień i, jak zawsze z nią, nadzieja i energia na zbliżający się czas. I choć czasem coś gdzieś kąsa i szepcze podejrzliwie, to w zasadzie jestem spokojna, bo pogodzona z najlepszą wersją życia, jaką mogłam mieć.