Na pracowniczym biurku czeka na mnie mała bombonierka i piękne podziękowania. Prezent od kolejnej stażystki, która wyfrunęła spod moich skrzydeł. I jeszcze twierdzi, że było fajnie i dużo jej nauczyłam. Znów zostałam sama z zadaniami, którymi można spokojnie obdzielić trzy osoby. Ale nie trzeba, bo przecież jestem ja: pracownik idealny.

Ten, kto czytał bądź oglądał “Diabeł ubiera się u Prady” a w biurze nigdy nie pracował, może myśleć, że to wszystko jest głęboko przerysowane. Ten, kto pracował, wie, że przerysowane jest tylko trochę. A ten, kto pracował w ngo’sie wie, że to nie jest literacka fikcja.
I tak samo te stażystki, stremowane nową sytuacją, ale zupełnie nieświadome tego, co je czeka. Bo przecież to spokojna, lekko nudnawa praca, staż, który się odbębni bez zbytniego wysiłku.
Po mniej więcej tygodniu zmieniają zdanie.

Przeważnie wygląda to tak: uczestnicy szkolenia, nigdy nie wchodzący pojedynczo, tylko grupami. Powtarzanie tej samej regułki z uśmiechem na ustach, pieczątką w dłoni i telefonem przy uchu, z drugą ręką wypełnioną wydrukami, które trzeba podać komuś, kto do drukarki, w swoim poczuciu ma za daleko. Trener ponaglający dłonią, bo jego laptop nie chce się skonfigurować się z rzutnikiem. A czy może mają państwo czarną herbatę, aha leży na stole z cateringiem, ale może mi pani pokaże, bo nie widzę – mimo iż jak byk stoi obok innych herbat, które dostrzegła. Listonosz przyniósł pocztę, ale ma tu list pod jakiś inny adres, to czy może ja wiem, gdzie to jest. A czy może mi pani sprawdzić, jakim ja tramwajem dojadę na dworzec za te 5 godzin, jak się szkolenie skończy, bo nie pamiętam czym jechałam – i nie ważne, że na piechotę w 10 minut spacerem się dojdzie. Ktoś nie może znaleźć koszulek do segregatora, co jest zupełnie zrozumiałe, bo przecież dopiero od 3 lat leżą w tym samym miejscu, a są potrzebne teraz, natentychmiast, bo za dwie minuty to już za późno będzie i świat się zawali.  

A byłam w toalecie i papier się skończył, nie ważne, że szafka była na wycigąnięcie ręki, ale wolę przejść przez całe biuro i ci o tym powiedzieć, niż samej wyłożyć, bo ty wiesz jak. I właśnie przyszły materiały na dwa szkolenia, które są jutro, zapomniałam ci powiedzieć, po 100 stron każde, wyedytować trzeba, na papier firmowy wrzucić i skserować 50 razy, no i złożyć, ale ksero nie działa od dwóch dni, akurat zepsuło się, jak ciebie nie było, no to nic nie kserowaliśmy więc jak naprawisz, to daj znać, bo mamy dużo rzeczy do odbicia, także później materiały zrobisz. Tylko, że ksero działa całkiem sprawnie, trzeba je tylko do kontaktu włączyć, ale to przecież zbyt skomplikowane, K. wróci to naprawi.

A na jutro to ja bym szkic tego projektu, co taki fajny pomysł miałaś, potrzebował, to jakbyś mogła mi go napisać, bo na spotkanie się umówiłem. Jeszcze trzeba sprawozdanie za ostatni kwartał skończyć i właśnie przetarg ogłosili więc SIWZ jeszcze tłumaczysz z polskiego na nasze. Najwyższemu Rangą trzeba mapkę wydrukować, jak na spotkanie ma dojechać, bo zgubi się jeszcze biedaczyna na tym odcinku 25km, wysłać koniecznie te ważne dokumenty, których nie podpisał, bo te fluorescencyjne karteczki z napisem “tutaj podpisz” niezbyt dosłowne były więc stoisz jak kat nad dobrą duszą i palcem wskazujesz kolejne strony i po raz tysięczny tłumaczysz, co właściwie podpisuje.

I po kilku takich godzinach w młynie K A Ż D A stażystka, zadaje to samo pytanie: A ty to tak wszystko tutaj sama?

Nieeeee. Ja mam całą bandę pomocnych wróżek i krasnoludków, trzy czarodziejskie różdżki w szufladzie, które całą  niewidzialną pracę wykonują za mnie, a ja sobie kawę piję, bloga piszę.Ale nie przyznam się przecież, bo czar pryśnie, tylko przez zaciśnięte zęby mamroczę, że sama, sama. A ona wtedy patrzy na mnie, jak na zjawisko z innego świata i mówi z zachwytem: Podziwiam cię, jak ty to wszystko ogarniasz! No ogarniam, ogarniam, bo co innego mam robić, trochę oczywiście rosnę w tej chwili, że taka świetna jestem i żałuję, że ani razu tego zachwytu Najwyższy Rangą nie słyszał, bo może wtedy by dotarło, że to nie jest normalna sytuacja.

W ngo’sie to w ogóle dziwnie jest. Niby pracujesz na jeden etat a tak naprawdę na trzy. Albo oficjalnie pracujesz na pół i adekwatna do tego jest twoja pensja, natomiast siedzisz dziennie bite 8h i ogarniasz 2 etaty. Umowy i wynagrodzenia zmieniają się, jak w kalejdoskopie z tą zasadą, że pensja maleje a obowiązki rosną. Bo jeśli, zupełnie bezmyślnie się w czymś wykażesz, to na pewno w ramach nagrody nie otrzymasz awansu czy podwyżki, tylko dołożą ci dodatkowe zadania w ramach wolontariatu chyba, dla których normalnie tworzy się nowe miejsca pracy.

W swoich listach motywacyjnych mam takie ulubione zdania, z których jestem szczególnie dumna: Specyfika pracy w organizacji pozarządowej pozwoliła mi zdobyć i rozwijać praktyczne umiejętności, wiedzę oraz doświadczenie w… (tu następuje wyliczanka) co w wolnym tłumaczeniu oznacza: pracuję w jednym wielkim chaosie zajmując się rzeczami, które nie mają nic wspólnego z moim stanowiskiem i odwalam robotę za innych oraz: Dzięki efektywnej organizacji czasu pracy, sumienności, nastawieniu na wielozadaniowość i terminowość w wykonywaniu powierzonych mi zadań zostały mi przydzielone dodatkowe obowiązki, co można tłumaczyć jako: Jestem skończonym łosiem.

Ja w ogóle uwielbiam takie nic nieznaczące, okrągłe sformułowania, typu: doświadczenie B2B, czyli: Panie Waldku, skończył nam się niebieski toner, może nam go pan dostarczyć na jutro? Lub: kodowanie danych w ramach ewaluacji projektu, czyli: wklep w tabelkę odpowiedzi z ankiet.

I pomyśleć, że kiedyś tę pracę uwielbiałam. Leciałam do niej jak na skrzydłach, szczęśliwa, że robię ciekawe, ważne rzeczy, że z ludźmi, z którymi spędzam 8h dziennie, mogłabym spędzać weekendy i wakacje. I to, co było dla mnie najważniejsze: praca w ngo.Wiadomo, że nie najlepiej płatna (to się sprawdziło), że niezmiernie ciekawa i inspirująca (to prawda, do dzisiejszego dnia, dzień w dzień jest ciekawie, choć rozumienie tego słowa, trochę się zmieniło) ale za to z ważną misją. Że to z misją nie ma nic wspólnego orientujesz się mniej więcej w trzecim roku. Aczkolwiek może mieć to związek z tym, że prezesem zostaje człowiek, który określa się jako coach. I tak zaczynasz staż w organizacji pozarządowej, jesteś tak świetny, że ci go skracają i zatrudniają, a po 4 latach nagle do ciebie do chodzi, że pracujesz w nie_korpo_a_jednak_w_korpo. I zaczynają ci organizować wewnętrzne szkolenia, gdzie jakiś fantastyczny trener każe grupie odliczyć do dwóch i połączyć się w pary, a potem dziwi się, że ma dwie grupy a nie siedem par. I otwierają ci filię i dowiadujesz się, że dziewczyna, która pracuje tam od 4 miesięcy nie może wydrukować certyfikatu, bo nie wie, czy drukarka jest kolorowa, całą korespondencję przesyła do ciebie, bo nie wie, że na listy do niej kierowane ona powinna odpowiadać, bo materiałów nie zrobi, bo nie wie jak ksero włączyć a spłuczka w kiblu nie działa, więc spłukuje go wodą z wiaderka. I szlag cię trafia, bo zarabia więcej niż ty, a ty co chwila masz telefony, które ona przekierowuje, bo nie wie co powiedzieć, bo wiesz, że nawet z nudów będąc na jej miejscu, sprawdziłbyś tę drukarkę, znalazł instrukcje do ksera, zadzwonił po hydraulika i odpisujesz na te wszystkie pisma, bo Najwyższy Rangą wie, że zrobisz to lepiej, a ty się zastanawiasz, kto jest czyją filią?

A to wszystko jest moja wina, bo łosiem jestem skończonym, co to wkurza się sam na siebie, ale na głos nic nie powie, albo ukryje pod maską żartu. Bo się za bardzo angażuje i zbyt poważnie to wszystko traktuje, tak jak wtedy, gdy po ważnym spotkaniu przychodzi jeden pan i mówi łamaną angielszczyzną, że został jeden płaszcz a to nie jego. I odtwarzasz wszystko co się działo w ciągu dnia i znajdujesz numer telefonu do jednego Słowaka i dzwonisz i mówisz, że ma nie swój płaszcz, a on, że rzeczywiście, ale co teraz, bo on za dwie godziny ma samolot. Więc puszczasz w miasto taksówkę z płaszczem, która jedzie na lotnisko, a potem z drugim płaszczem jedzie do hotelu i na drugi dzień czeka na ciebie bukiet kwiatów a wszyscy patrzą z podziwem, jakbyś była gwiazdą rocka. Tylko co z tego? Dla ciebie to tylko wywiązanie się z obowiązków. Zresztą nie możesz się napawać sukcesem, bo masz huk roboty i właśnie wynajmujesz salę na szkolenie i mówisz, że nie potrzebujesz wyposażenia i wiadomo, że chodzi o laptop i rzutnik a pani po drugiej stronie mówi: Aha, rozumiem. Dobrze wyniesiemy biurka i krzesła.

Masz też swoje momenty klęski, gdy robisz coś źle, ale najbardziej frustrujące jest to, że Najwyższy Rangą tłumaczy to sobie tym, że masz dziś gorszy dzień a nie, że po prostu czegoś nie potrafisz albo nie masz kompetencji. Gdy zapominasz o czymś ważnym, albo odbierając telefon zamiast powiedzieć nazwę firmy i nazwisko mówisz: do widzenia  i odkładasz słuchawkę, wysyłasz maile po kilka razy bez załączników, mówisz listonoszowi, że nie masz listu przewodowego zamiast przewodniego. A czasem zwyczajnie nie robisz nic i z tego powodu też cię szlag trafia.

Ale, mimo to, w oczach innych wciąż jesteś na plus, mimo iż w ogólnym rozrachunku wychodzisz na minus.

W czasach, kiedy jeszcze było wesoło ze stresu i przepracowania bierzesz na kolana projektową maskotkę: pluszowego kangura, przytulasz się do niego mocno, w plastikowym kubku masz wodę z płynem do naczyń i za pomocą słomki puszczasz bańki mydlane i cały stres mija, a współpracownicy patrzą na ciebie to z rozbawieniem i przerażeniem a potem słyszysz, że fajnie tu z tobą.

Parę dni temu mail na skrzynce “Jak fachowo ujeżdżać żyrafę”. Klikasz, a tam twoje zdjęcie z samych początków pracy, z ręką uniesioną jak te u kowboja na rodeo, a między nogami drewniana, półmetrowa żyrafa.
Kompletnie o tym nie pamiętasz, bo zapomniałeś, że kiedyś było ci tu fajnie.