Jednak wszystko zależy od kontekstu – Powiedział M. stając przy moim biurku z kolejnym kawałkiem ciasta, podczas gdy ja wrzucałam swoje rzeczy do pudełka po papierze ksero – Bo normalnie, to byłoby mi smutno, że opróżniasz biurko. Ale, jak wiem, że to twoje decyzja i jak widzę ile radości sprawia ci ta czynność, to ja też się cieszę. 
 
Tak. Było mi przyjemnie. Myślałam, że może się wzruszę, że może zastygnę nad swoimi szkicami kolejnych merytorycznych pomysłów, że coś drgnie, że z melancholią spojrzę na prawie czteroletnią zawartość pudełka, że będzie mi żal. A ja wzruszałam ramionami wyrzucając do kosza papiery i uśmiechałam się coraz szerzej z każdą rzeczą wrzucaną do kartonu.
Nie wzruszałam się na pożegnalnym cieście, bo tych ludzi, za którymi mogłabym tęsknić mam na wyciągnięcie ręki. Tej prywatnej.

I tylko, gdy wykręcam numery telefonów, do tych kilkunastu osób, z którymi połączył mnie jeden projekt, coś lekko ściska mnie za gardło, gdy słyszę krótką ciszę. Zaraz potem tyle dobrych słów, że odejmuje mi mowę. Byłam wsparciem i życzliwością, prowadziłam za rękę, zarażałam pozytywną energią i przywoływałam do porządku. Byłam ważna. Nagle zobaczyłam siebie w kontekście a nie w poszczególnych zadaniach, które zaciemniały mi odbiór mnie samej, mojej pracy, tego, jak postrzegają mnie inni.

Najwyższy rangą ściska moją dłoń: Dasz radę. Pamiętaj, że jesteś wielka. Zmieniasz wokół siebie świat i zmieniasz go na lepsze.
Innych referencji nie potrzebuję.

Wychodzę z podwórka pełnego afiszy teatralnych niemal normalnie. Niemal, bo czuję w każdym kroku rosnącą pewność siebie.
Wyskoczyłam z pędzącej karuzeli, jak kot na cztery silne łapy i nie kręci mi się w głowie.

Jestem w jakimś błogim pomiędzy, które jak chleb, pachnie miło, ciepło i bezpiecznie.
Niby wszystko wiem, a jednak wciąż do końca nie dochodzi do mnie, że ten rozdział już zamknęłam. Jeszcze nie dochodzi do mnie, że za chwilę otworzę nowy.
Tak naprawdę niewiele się nad tym zastanawiam.
Jestem cudownie odcięta.

Nierozpakowany karton stoi pod ścianą i śpi w nim kot.
Serwuję sobie samej grzanej wino. Cząstki pomarańczy lądują w szklance i rozbawia mnie głupkowate skojarzenie z tekstem piosenki Kupichy.
Wykręcam numer, a w słuchawce dawno niesłyszany głos. W 25 minut streszczamy sobie kilka miesięcy, a ja czuję, jakbyśmy rozmawiały zaledwie wczoraj.
Zatrzepotała mi myśl, że chyba w końcu zaczynam odzyskiwać siebie.

Nie sądziłam, że po spakowaniu kartonu można czuć się tak świetnie i jednocześnie tak zwyczajnie.
Bez żalu, poczucia straty, bez strachu.
Choć zapewne zależy to od kontekstu.