Wiesz, to pewnie absurdalne, żeby pisać do ciebie. Najrozsądniej byłoby zapomnieć o twoim istnieniu. Puścić w niepamięć jak setki nic nieznaczących faktów, które przelatują wokół moich uszu, oczu jak stadami każdego dnia. Jak na przykład kobaltowe kolczyki tej pani, co stała przede mną w kolejce w listopadzie, gdy tak bardzo mi się spieszyło, bo już tego bezczynnego stania znieść nie mogłam. Jak gatunek kwiatów w czwartej scenie, siódmego odcinka serialu, który właśnie kończę. Jak piosenkę, którą puszczono po serwisie informacyjnym tej środy, gdy tak mocno padał śnieg, ale jak widzisz moja niepamięć ma skazę kolekcjonowania i zapamiętywania, na wszelki wypadek (robiłam ostatnio taki test na talenty i wyszło, że jednym jest właśnie kolekcjonowanie informacji, faktów, zdarzeń). Dlatego, nawet jeśli bym chciała, to w niepamięć ciebie puścić nie mogę, ale tak naprawdę nie chcę. Myślę, że należy ci się pamięć przez szacunek, bo dzięki tobie zrozumiałam, z czym mi nie po drodze. 
Pewnego ranka wstałam i otworzyłam okno. Mroźne powietrze wpadło do pokoju, owinęło moje nagie łydki i ramiona. M-ka schowała głowę pod kołdrę, kot wskoczył na parapet i miauknął tęsknotą na świat, a ja jęknęłam tym samym wraz z nim. W jednej chwili przyszło otrzeźwienie i ciepło.   Potem było śniadanie i gorąca kawa, której zapach unosił się po całym mieszkaniu i wtedy pomyślałam, że tak wiele ze zwykłego świata mnie omija.  Przestałam sobie wmawiać, że jest super i po prostu mam taką naturę i poszłam do kogoś, kto się zna. Bo wiesz, nie warto się męczyć z samym sobą. I choć wciąż słyszałam od ciebie, że żadne działanie nie ma sensu, że nie uda mi się nic prócz ośmieszenia, to wbiłam palec w gruby kokon i wydłubałam w nim dziurę na świat. Ten świat nie był wcale taki zły, trochę pokrzywiony w swoje śmieszności, ale tak naprawdę całkiem zwyczajny. Tak zwyczajny, że aż zaparło mi dech. Dłubałam więc coraz mocniej i widziałam coraz więcej i coraz więcej mnie wychodziło na zewnątrz kawałek po kawałku. Czasem ktoś nieświadomy wysiłku jaki toczę, nadepnął na palec, zdzielił po głowie, wymusił krok wstecz, ale dalej dłubałam i wyściubiałam. 
Pojechałam w góry i taplałam się w śniegu i przywiozłam siwy włos. I naprawdę myślę, że on nie ze starości, ale z ogólnego wkurzenia (by nie powiedzieć dosadniej), choć dziś już go nie widzę, może więc to jednak starość, która także rzuciła mi się na wzrok, albo na umysł zakłamując rzeczywistość. 
Dotarała do mnie waga uwzględnienia w czyimś excelu w formule marzenia, potrzeby, radości i uniosło mnie trochę nad ziemię. 
Czy wiesz, że w soboty ludzie nucą podczas porannych zakupów, a chłopcy karmią na przystankach tramwajowych swoje dziewczyny kostkami czekolady? Bo ja już to wiem.
Cały styczeń swą zwyczajnością przerósł minione 12 miesięcy. Tym telefonem, co wywrócił stary porządek rzeczy podwójnym saltem do góry nogami, tymi łzami przez wyśpiewane piosenki na scenach teatru, przez zatańczone M-kowymi stopami układy. Tymi wzdrygnięciami od dobrej prozy, muzyki, wystawy, dobrego wina i tego, jak gładko masło rozsmarowuje się na kromce. 
Droga D.: dziękuję, ze pokazałaś mi, czego nie chcę stracić. Lekcja odrobiona.
 A teraz grzecznie proszę: spadaj (żeby nie powiedzieć dosadniej).