Blog

be still, my soul

serendipity, katie lamassu, deszcz, klasy

Składam się z małych chwil. Z zapachu żywicy, mroźnego powietrza od resztek śniegu leżącego w górach. Składam się głębokiego oddechu, aż do pępka, na szczycie. Składam się z widoku rzepakowych pól i szybkiej jazdy samochodem poza miastem. Jestem w dzwonkach mijających mnie rowerów, stukocie klawiatury pod opuszkami palców, kadrem zdjętym z rzeczywistości. Składam się z zapachu powietrza przed burzą i bzów po wiosennej ulewie. 
I składam się z waszych historii, zwątpień, radości i strachów. Waszych zasłuchań w piosenki, zagiętych rogów książek w miejscach istotnych, zapatrzeń i gestów. Jestem waszymi krokami, które rozpoznaję przed zakrętem, przeczuciami, które po obu stronach każą chwycić za telefon. I jestem tymi światami, które otwieracie we mnie swoją obecnością. 
Składam się też z ciężkich kołder, pod którymi chowam się zbyt często, z kawy bez której nie mam głowy do kontekstów, z listka tabletek na ogólne rozbicie, kłębka nerwów pod skórą i worka połamanych drogowskazów. 
Byłam na szkoleniu z kaizen i cały czas myślałam o życiu. O swoich codziennych mudach. 
O tym, że ze wszystkich dostępnych dróg zawsze wybieram te najtrudniejsze. O tym, że nie mówię, tylko kiszę, jak ogórki w słoikach, których nikt później nie otwiera. O tym, że nadal jestem tą 16latką, która swój bunt i niezgodę wyrazi mocniejszą kreską na powiece. O tym, że tak naprawdę, to wcale nie jest ważne. O tym, że gnam czasem na oślep, jakby tylko ruch i działanie potwierdzały moje bycie.
W końcu wyszło słońce, na które czekałam z utęsknieniem. W słuchawkach tak bardzo deszczowe The Cure. Tak idealnie wypełniło wnętrze. 
To nie jest źle, że myślisz o innych, za dużo jest tych, co rozpychają się łokciami. 
Ty jesteś dobra i to nie jest złe. 
Kiedy idę z parkingu do bramy, garstka dzieciaków krzyczy do mnie dzień dobry. Sąsiedzi zagadują o pogodę, kurtkę, rozliczenie wody i ostatni wyjazd za miasto. Dzwonki domofonów wyciągają M-kę na podwórko lub przyprowadzają koleżanki. Mam swoje umowne miejsce parkingowe, skrzynkę na listy i miejsce na zepsuty rower. Mam swoje miejsce, które mnie przyjęło. 
Dziś rozpycham się łokciami we własnym życiu. Dopycham się do siebie samej. Do punktu zaczepienia. 
Dziś zaczynam składać siebie z tego wszystkiego, co składa się na mnie. I nie mam pojęcia, co mi wyjdzie z tej układanki. 
Ale co też takiego może się stać?
Nic. 
Można tylko stać się wolnym. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *