Blog

big big world

Stoję w korytarzu i czekam zupełnie ignorując zaciekawione spojrzenia tych, co mnie mijają.
Specjalnie stanęłam na samym końcu komunikacyjnego szlaku, właśnie po to, aby nikt mnie nie mijał. Nie wzięłam jednak pod uwagę, że tuż obok mnie jest wejście do toalety i jakby to rozwaliło moją strategię.


Po dziesięciu minutach obserwowania wszystkich możliwych kombinacji stylistycznych, szpilek z czerwoną podeszwą  i kart dostępu zawieszonych na szyi zaczynam tracić pewność siebie, którą tak starannie wklepywałam w twarz, stojąc rano przed lustrem. Ktoś opieprza (chyba) męża przez telefon, ktoś inny  się zaśmiewa a śmiech ten płynie marmurową posadzką wprost pod moje płaskie buty z odpadającą i nie_czerwoną podeszwą, jakaś pani wybiega z płaczem na korytarz, bo ona już dłużej tak nie wytrzyma, jakiś pan koniecznie musi przedostać się przez szklane drzwi, bo on w sprawie procesu, a ja się zaczynam zastanawiać, w co się wpakowałam?

Biegam od pokoju do pokoju (przepraszam, poprawnie powinno być: biegam z open space’a do open space’a). 250 twarzy, imion i stanowisk zlało mi się w jedną masę, która chce mnie pochłonąć. Za każdym razem, ten sam początek: Chciałem pokazać wam nową koleżankę i rzeczywiście czuję się, jak jakieś egzotyczne zwierzątko. Egzotyczne zwierzątko na wybiegu, gdzie paradują najnowsze marki i kroje. Zapamiętuję imię dziewczyny w trampkach. Oczywiście firmowych.

Pierwsze dni w pracy, to jak podróż do obcego kraju bez znajomości języka, z mapą o oderwanej legendzie, na której dodatkowo zaschnięta plama kawy uniemożliwia odczytanie nazw ulic. Przy okazji czuję się jak uboga krewna, bo moje doświadczenie (przepraszam, poprawnie powinno być: mój background) w pracy w organizacjach pozarządowych zupełnie odbiega od standardów prywatnego sektora. Okazuje się, że od każdej rzeczy są ludzie, stanowiska, że zakres obowiązków, to nie płynna substancja, która zalewa cię na nowo i inaczej każdego dnia. Okazuje się, że na wszystko (i mam tu na myśli wszystko) są procedury a nie inwencja wykonującego. Okazuje się też, że lepiej jest używać angielskich słów i mówić, że: potrzebny jest feedback (a nie informacja zwrotna), spotkanie dotyczy underspendingu (a nie niewykorzystania środków), zamówienie jest basic (a nie standardowe) i że idziemy na lunch (a nie na obiad, co byłoby bardziej na miejscu biorąc pod uwagę, że owy lunch odbywa się w mlecznym barze – obok trampek to jedyna normalność, jaką na razie dostrzegłam). Tak mnie to złości, że mam ochotę ostentacyjnie położyć na swoim biurku słownik języka polskiego, ale jeszcze bardziej złości mnie świadomość, że za parę tygodni też pewnie będę tak mówić. W innym wypadku mogą mnie zwyczajnie nie zrozumieć.

Po pierwszym dniu, jedyne co wiem, to to, że muszę zainwestować w buty. I to nie te z czerwoną podeszwą ale z jakąkolwiek podeszwą.

Cały tydzień mija z prędkością światła. Jestem przytłoczona i oszołomiona tą wielością, ogromem, nieustannym stukotem szpilek, korytarzami i tą kartą magnetyczną, która jest kompletnie bez sensu, skoro i bez niej bardzo łatwo jest dostać się do środka. Oszałamia mnie też cały pakiet socjalny (przepraszam, poprawnie powinno być: benefits) – nie ukrywam, że ostatnimi czasy zarówno takie ustawienie monitora, aby nikt nie widział, co na nim jest oraz karta upoważniająca mnie do korzystania z basenów, saun i siłowni, były moimi jedynymi priorytetami i aspiracjami zawodowymi.

Na szczęście dla mnie, mój kubek, ogromne biurko i biuro projektu jest zupełnie gdzie indziej. W niewielkim parku, w małym zamku. Pod sobą mam muzeum a co dziennie wita mnie wykuty w piaskowcu napis: Dom Kultury. Uśmiecham się na myśl, że znów spełniło mi się marzenie, ale jakby tak obok. Zawsze chciałam pracować w domu kultury i tak jakby pracuję.

Ponieważ siedzę w zabytkowym miejscu, to podłogi muszą być nierówne. Największa nierówność tuż pod moim krzesłem, dlatego cały czas to krzesło mi zjeżdża a ja kurczowo trzymam się blatu stołu. Oczywiście, ze odczytuję to jako metaforyczną przepowiednię od losu, ale na razie to ignoruję.
Na razie częściej mówię i piszę po angielsku niż po polsku, przekopuję się przez setki procedur, przełączam się z jednej telekonferencji na drugą i przez pierwsze 10 minut próbuję się  zorientować, czego dotyczą. Oprócz tego cały czas trzymam się biurka.

Czasami wysyłam sms-em jedno zdanie: Pobiegnij za mną leśnych duktów szlakiem. Po chwili odpowiedź: Biegnę. I wiem, że właśnie idziemy razem na papierosa, choć w innych częściach miasta.

Na koniec dnia milknie służbowa komórka, karta dostępu ląduje na dnie torby. Zdartą podeszwą zahaczam o brukową kostkę w drodze do samochodu.
Myślę o tym, jak zupełnie inaczej wyglądała moja rzeczywistość dwa tygodnie temu.
I właśnie wtedy do mnie dochodzi.
Robię karierę.
Jasna cholera!

8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *