mama, dziecko, macierzyństwo

Rozkleiłam powieki i od razu poczułam go w nozdrzach i na podniebieniu. Uśmiechnęłam się lekko i zsunęlam stopy na ziemię, probując trafić nimi w klapki. Rozjerzałam się. W półmroku widać było jak lekko poruszają się kołdry otulające spokojne sny.

Zatem one jeszcze nie wiedziały.

Okna nie były szczelne, dlatego miałam pewność, że to będzie szczęśliwy dzień. Z niewielkim trudem podeszłam do okna i odsłoniłam zasłony. Nie myliłam się: na dachach lśniła cieniutka wrastwa świetlistego śniegu – jak lukier na domkach z piernika.

Śnieg. Zawsze przyjmuję go za dobrą wróżbę. A jedną z wielu rzeczy, które łączą mnie z Lorelai Gilmore jest dar wyczuwania, że się zbliża. Natomiast dzień, który przynosi pierwszy śnieg, niesie ze sobą obietnicę, radość i szczęście. Rok temu przyniósł też nowe życie, naszą Małą Zo.

Najdziwniej czułam się idąc w stronę sali. Tak samo czułam się 9 lat wcześniej. Ekscytacja, niepokój i niedowierzanie, gdy wiesz, że zaledwie kilka korytarzy i kilkadziesiąt minut dzieli cię od zupełnie innego rozdziału w życiu. Potem, już na sali, zdążyłam rzucić jeszcze 4 bardzo śmieszne żarty, a chwilę później była już ona. Tak drobna, że mieściła się na dłoni lekarza. Po twarzy ciekły mi łzy, a wszystkie swoje siły zebrałam w jedno głośne dziękuję. Wszystko z wtedy jest i będzie tylko nasze.

Dzieci mamy tylko na chwilę (o ile w ogóle można tu mówić o posiadaniu). Pierworodna chwila dzięki opatrzności i (mam taką nadzieję) mnie samej, jeszcze trwa i tym bardziej doceniam ta drugą.

Nic tak nie uspokaja, jak zapach niemowlęcia i nic tak nie porządkuje głowy i serca, jak widok śpiącego dziecka. Zresztą dzieci weryfikują codzienność na każdym kroku.

Każdego dnia staram się rozumieć małe gesty, uśmiechy i grymasy. Cierpliwie uczę się tej małej istoty i tego, co chce mi przekazać o sobie, o mnie, o nas.

Bo przecież nie bez powodu jej dusza wybrała właśnie nas.

Czasem w naszym kokonie wydłubuję palcem dziurę, by podpatrzeć, co słychać na zewnątrz. Ale niezbyt często. Nie chcę tracić ani chwili.

Zbieram wspomnienia. Na starość dla nas i dla nich, by miały trwały ślad tego, czego nie pamiętają. Pierwsze słowa i uśmiechy, plucie marchewką i podkradanie psu karmy, ulubione bajki i postaci, na widok których wpadały w płacz. By wiedziały jakie były i kim się stawały od ich pierwszego dnia.

Mała Zo jest jak pierwsze płatki śniegu. Samo patrzenie na nią otula ciepłem i unosi kąciki ust coraz wyżej i wyżej. Jest szczęściem i dobrem. Łobuzerską radością.

W tym roku nie czuję jeszcze zbliżającego się śniegu. Czuję za to ciepłą skórę moich córek i ich wewnętrzną radość. Łzy wzruszenia, że Mała Zo jest taka mała, a już tak wiele umie i wie.

Wdzięczność i jeszcze to, że ze wszystkich moich bytów, najlepiej jest mi być mamą.