Blog

crazy

W altanie obrośniętej jesiennym kwiatem pijemy mocna kawę i jemy jagodowe ciasto z brzoskwinią zatopioną w fioletowej galaretce.
Pachnie las kusząc długim spacerem, suszą się grzyby na drewnianej ławce, kota łasi się do nóg a uśmiechnięta, dopiero co poznana trzylatka chwyta mnie za rękę: Pohuśtaj mnie ciociu.

Uśmiecham się na wspomnienie drogi, gdy spała koło mnie, a ja intuicyjnie chciałam ją głaskać po włosach i w ostatniej chwili uświadamiałam sobie, że to przecież nie moje dziecko.
Kury próbują nas przekrzyczeć, a gospodarzom zdaje się zupełnie nie przeszkadzać moja obecność, niezapowiedziana, w przelocie.
Taki nasz postój w odrealnieniu w drodze na kolejne służbowe spotkanie w mieście z największym pomnikiem. Aż żal się odrywać.
Ale przecież praca tam to sama przyjemność.
Lubię patrzeć, jak zmienia się grupa. Jak rodzą się nowe emocje, jak zaczyna wierzyć, jak zaczyna jej zależeć.
Czasem łapię się na tym, że testujemy coś, co niedługo będzie obligatoryjne dla wszystkich samorządów i że ja mam w tym jakiś udział. Ale nie to jest najważniejsze, najczęściej nawet o tym nie pamiętam. Zatracam się w procesie. Czasem męczą mnie te podróże, kilkugodzinne narady, stosy sprawozdań i dopinanie budżetów, powroty w środku nocy do domu, walka między ideą a rzeczywistością i nierówność, która dotyka mnie bardzo bezpośrednio.
Późną nocą zapalam światło w śpiącym domu, napuszczam wodę do wanny i leżąc w niej zastanawiam się, dlaczego, mimo wszystko, tak dobrze się w tym czuję?
Odpowiedź przychodzi bardzo szybko: bo to nie jest praca dla normalnych ludzi.

 

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *